Piotr Zdanowicz: Nasza Via Dolorosa

Pozwólcie, że tym razem bardziej refleksyjne, bo dzień szczególny dla chrześcijan… ale czy tylko dla chrześcijan… Przecież bez względu na to, czy wierzymy w Boga i bez względu na to, czy tego chcemy – wszyscy idziemy drogą, która jest mniej lub bardziej „krzyżowa”… Często też bywa, że na końcu tej drogi czeka na nas jakaś „Golgota”

Dalszŏ tajla artykułu niżyj

Kilkanaście lat temu (w 2009 r.) zainicjowana została idea tak zwanej Ekstremalnej Drogi Krzyżowej. Od tamtego czasu, co roku, dokładnie tydzień przed Wielkim Piątkiem, tysiące osób wyruszało na nocną pielgrzymkę liczącą najczęściej 42 km.

Tak się złożyło, że kilka razy zaplątałem się na trasie owych ekstremalnych dróg, a trzy razy robiłem to jako tak zwany „dziennikarz towarzyszący”, więc na początek krótka relacja własnej produkcji z jednego z takich wydarzeń, która w nieco odmiennej formie ukazała się 4 lata temu w jednej z gazet.

POGORZELEC, GODZINA 19:00

Wszystko zaczyna się mszą św. w kościele parafialnym na Pogorzelcu. Jest dużo młodych ludzi, ale są też osoby w wieku dojrzałym. Zresztą Kędzierzyn jest pod tym względem wyjątkowy. W całej Polsce średnia wieku na EDK to 25 lat, a w Kędzierzynie jest o 10 lat wyższa. W tym roku na trasę wyruszy 18 osób mających powyżej 50 lat (w którym to zacnym gronie znalazła się także moja skromna osoba)…

IDZIEMY…

EDK jest zupełnie inna niż letnie pielgrzymki. – Nie chodzi się grupami, nie ma megafonów, śpiewów i „przewodników”… Idziemy w ciszy, każdy swoim tempem, bo każdy ma do przejścia własną drogę – jak w życiu…

Przy kościele w Azotach jest pierwszy postój i pierwsza stacja. Potem idziemy leśnym duktem pod Sławięcice. Spotykam młodego mężczyznę – mówi, że prowadził biznes, ale nie wyszło, więc wyjechał do Niemiec. Nie wie czy wierzy w Boga… idzie bo czegoś szuka, sam nie wie czego…

Na kolejnym postoju jest trzech chłopaków ze sporym krzyżem – chętnie pozują do zdjęcia… Idziemy dalej – mrok nocnego lasu, szelest stóp, w oddali światła latarek, migocące pomiędzy drzewami i cisza… i ciemność… – nie ma takiej na co dzień w mieście…

Następny postój jest przy byłym niemieckim obozie pracy – filii KL Auschwitz. To stąd w styczniu 1945 r. wyruszył jeden z demonicznych „marszów śmierci”, a potem swoje obozy, tak samo demoniczne, urządzili tu sowieccy i polscy stalinowcy… Tutaj słowo „ekstremalny” dla naszego marszu traci rację bytu…

Po kilku kilometrach jesteśmy w sławięcickim książęcym parku, a chwilę później przy neogotyckim kościele św. Katarzyny. Teraz azymut Ujazd – tam będzie połowa trasy… niestety, ta zdecydowanie łatwiejsza połowa…

Droga prowadzi obok wspaniałego dębu liczącego 521 lat, który w ciemnościach jest jeszcze bardziej majestatyczny. Potem pola – z tyłu światła Sławięcic z górującą sylwetką kościoła, a od przodu niewielkie pagórki i dwie białe wieże świątyni w Ujeździe.

Dej pozōr tyż:  Aleksander Lubina: Hanka rajzowanie i szpiclowanie cygaństwa – cz. 4

Znowu spotykam chłopaków – tych od krzyża. Po drodze znajdujemy kamienny słupek graniczny dawnego państwa sławięcickiego. To znak że wchodzimy na tereny biskupów wrocławskich, do których przez kilkaset lat należał Ujazd…

W miasteczku zaliczamy pierwsze forsowne podejście. To tylko rozgrzewka, bo z nizinnych terenów doliny Odry, będziemy się teraz wspinać na wzniesienia pasma Chełmu, z którego kulminacją w postaci Góry św. Anny, przyjdzie nam się zmierzyć na sam koniec wędrówki.

TRUDNIEJSZA POŁOWA…

Wokół kościoła w Ujeździe jest sporo osób, bo ludzie robią tu dłuższy postój. Potem jeszcze trochę pod górkę i wychodzimy na odkryty wietrzny garb, którym pójdziemy teraz kilka kilometrów. Po drodze są trzy krzyże, przy ostatnim skręcamy w lewo…

Ściana lasu łagodzi nieco przenikliwe zimno (jest 0 stopni), później mały wąwóz, teren wokół coraz bardziej urozmaicony, a percepcja bodźców coraz bardziej uboga… Kilka godzin później, już na górze, Jan- jeden z uczestników, powie że o trzeciej rano przestał się oglądać wstecz, a o piątej nie był już w stanie patrzyć nawet przed siebie…

Jesteśmy w Zimnej Wódce, więc siadam na chwilę na ławce koło zabytkowego, drewnianego kościółka. Potem próbuję wstać, ale jest coraz bardziej „heroicznie”…  Rok wcześniej, jeden z uczestników – Paweł – mówił, że od młodości biega maratony, ale na EDK czuje się tak zmęczony jak na żadnych zawodach… Zaczynam rozumieć o co mu chodziło, bo też zaliczyłem kilka maratonów, ale czuje się jakbym przeszedł 100 km…

Znowu niewielki las. Na drzewach znaki w kształcie muszelek – to Droga św. Jakuba, prowadząca do grobu apostoła w Santiago de Compostela. W lesie prawie się zgubiliśmy, ale idziemy dalej. Znowu wąwóz, zejście w dół i kolejny drewniany kościółek w Kluczu.

Spotykam wędrowców z Raciborza i małą grupę z Jemielnicy. Potem minął mnie biegacz w sportowym ubraniu. Gdy pytam czy to tylko wyczyn, mówi że to byłoby bez sensu – trenować można za dnia w osiedlowym parku…

BYŁA TEŻ „SZWAJCARIA”…

Za Kluczem znowu pola i znowu las… To rezerwat Boże Oko z pięknymi 200-letnimi bukami… – Wiem to z wcześniejszych wycieczek, bo przy obecnym stopniu tak zwanego zmęczenia ogólnego, nie obchodziłaby mnie nawet leżąca w poprzek drogi „Bursztynowa Komnata”.

Spotykam znajomego z Kędzierzyna, więc łamiemy regulamin i rozmawiamy. Nieco dalej znowu znajomy, Piotrek – kolega z dawnych czasów. Mieszkamy dwie ulice od siebie, a nie rozmawialiśmy chyba 15 lat. Mówi, że czeka go operacja. Pytam czy to w tej intencji – uśmiecha się smutno i nic już nie mówimy…

Potem mijają mnie młodzi ludzie: Patryk i Andżelika. To, że wybrali w tę noc drogę krzyżową zamiast całej gamy rozrywek, którą oferuje współczesny świat jest wystarczającym powodem, by nie pytać dlaczego się tutaj znaleźli.

Dej pozōr tyż:  Sebastian Zista: Widać ślad podtarcia na prawicy

Tymczasem dochodzimy do legendarnej kapliczki Boże Oko i niemal górskim trawersem schodzimy do Doliny Łąckiej Wody. Przed wojną nazywano te okolice Górnośląską Szwajcarią… Teraz trzeba się wspiąć do Czarnocina, przejść przez wioskę i skręcić w lewo.

Jest już świt, więc idąc przez pola, będziemy widzieli przedmiot naszych westchnień -wierzchołek Góry św. Anny… Zeszłego lata robiłem tu zdjęcia z takim zapamiętaniem, że prawie wyczerpałem w aparacie baterie… teraz zastanawiam się co mogło mi się tak podobać…

TELEFONY Z NIEBA

Przejście przez pola ponad Porębą dłuży się niemiłosiernie. O 6:30  był telefon od kogoś, kto pierwszy wszedł na górę. W tym samym czasie na drugiej trasie do Kamienia Śląskiego, dotarła na miejsce jedna z sióstr zakonnych – 54-latka z Kędzierzyna (kondycja godna raczej klasztoru Szaolin)

W Porębie przy kościółku jest przystanek, ale nie zatrzymuję się, bo bym już nie ruszył, a przecież przyszedł czas na „deserek” czyli podejście pod wierzchołek Góry św. Anny. Wprawdzie różnica poziomów wynosi nieco ponad 100 m (na około kilometrze), ale po przeszło 40. kilometrach nocnej wędrówki, z 50. odciskami na stopach, to wejście jawi mi się jak zimowy atak na K2…

Gdy siedziałem już w krużgankach annogórskiego klasztoru, robiąc w kierunku świeżo nadchodzących pielgrzymów grymas, który miał być uśmiechem (bolały mnie nawet mięśnie twarzy) – pomyślałem sobie, że taka droga jest jak życie. Pierwsze kilometry – idziesz szybko… mijasz ludzi i przesz do przodu… Potem zaczyna się zmęczenie – bardziej kalkulujesz, zwalniasz, starasz się być rozważny…

Pod koniec wiesz już, że niczego nowego nie wymyśliłeś. Miało być lżej, a nie jest – miał być sposób na trudności, a nie ma… No i sama końcówka – schody niemal pionowe. Obok ktoś się wspina, ale tak naprawdę jesteś sam ze swoim bólem i zmęczeniem. Idziesz jednak, bo przecież nie masz się gdzie cofnąć…

To właśnie wtedy pojawia się najczęściej mnóstwo pytań o sens tego wszystkiego i każdy musi sobie jakoś na te pytania odpowiedzieć. – Telefonu z nieba nie będzie – powiedział kiedyś pewien ksiądz właśnie w tym kontekście…

Gdy byłem, może pół kilometra od celu, zadzwoniła komórka i ktoś bardzo bliski szepnął mi coś, co bardzo chciałem wtedy usłyszeć… Cóż, może są jednak telefony z nieba…

DROGA EKSTREMALNA A.D. 2020

Tak było 4 lata temu… W tym roku nie ma EDK, bo cały świat jest na swej ekstremalnej drodze, ale… czy tylko w tym roku?… To prawda – jest wyjątkowo przygnębiająco, momentami tragicznie… Jest niepokój, niepewność i niecierpliwe pragnienie, by powróciła normalność…

Dej pozōr tyż:  Wirtualno wystawa herbōw – cz. 4

Tylko, co to jest normalność?… Czy czasem nie jest tak, że ten świat, na co dzień nadęty jak dmuchany ryż i ładniutki jak pralinka owinięta w złotko, pokazuje nam teraz swe prawdziwe oblicze… Przecież dla milionów ludzi – tych bardzo chorych, niedołężnych, niepełnosprawnych, skrajnie ubogich, żyjących na marginesie – ten świat jest zawsze taki, jakim my – względnie sprawni i zamożni – widzimy go teraz…

Przecież w Polsce codziennie umiera na raka 300 osób, a żyjemy obok tego jakby nic się nie działo… No tak, ale chorzy na nowotwory i inne nieuleczalne paskudztwa – nie zarażają, więc można temat zepchnąć na margines, zagłuszyć, zaryczeć, zasłonić kolorową kotarą zbiorowej amnezji…

Można przeznaczać miliardy na zbrojenia, na ociekające luksusem zachcianki… Można nieustannie robić ludziom wodę z mózgu, wciskając im „kity coraz wyższej generacji”, nie dając tego, co jest na prawdę potrzebne…

Tymczasem, w sposób zupełnie nieoczekiwany okazało się, że bez „permanentnego wzwodu” oraz wypchanych silikonem piersi da się jednak przeżyć, a bez szczepionki na wirusa – nie zawsze… Nie da się też przeżyć bez lekarstw na wiele szkaradnych chorób, które zabierają z tego świata tak wielu, czasem bardzo młodych ludzi. Ale nad tymi lekami pracują „pasjonaci”, bo prawdziwą kasę robi się na chirurgii plastycznej i specyfikach, które poprawiają „niezbędną do życia” elastyczność paznokci i puszystość włosów…

I jeszcze jedno, to niewielkie paskudztwo zwane koronawirusem, pokazało nam jak „wszechpotężna” jest nasza cywilizacja. Jeszcze niedawno, wielu z nas było zapewne przekonanych, że wszystko mamy pod kontrolą, bo w swej zuchwałości zapomnieliśmy, że jesteśmy tylko „gwiezdnym pyłkiem”, gdzieś na prowincji wszechświata.

Ja wiem – wszyscy mamy już dosyć marudzenia, demonicznych prognoz i bezustannych hiobowych wieści. Ja też – pośród tego wszystkiego co się dzieje – wolę czasem najgłupszy sitcom zamiast „Almodovara” i rozmowy o „niczym”, zamiast nadętych egzystencjalnych dysput…

Dlatego pisząc to wszystko, nie chcę dodatkowo dołować ani siebie, ani czytelników. Chciałbym tylko – w ten szczególny dzień – nieśmiało zasugerować, byśmy spróbowali się zastanowić, czy czasem – tu i teraz, w tym naszym zwyczajnym życiu – nie bylibyśmy bardziej szczęśliwi, gdybyśmy umieli się cieszyć z tego co mamy, zamiast bezustannie „cierpieć” z powodu tego, czego nie mamy…

Fotografie: Grażyna Zdanowicz i Piotr Zdanowicz

Piotr Zdanowicz – pasjonat oraz badacz historii, kultury i przyrody Górnego Śląska. Dziennikarz, autor lub współautor książek i reportaży, a także kilkunastu prelekcji, kilkudziesięciu artykułów prasowych oraz kilkuset tysięcy fotografii o tematyce śląskiej. Pomysłodawca rowerowych i pieszych szlaków krajoznawczych na terenie Katowic, Mysłowic i Tychów oraz powiatu kędzierzyńsko-kozielskiego. Poeta, muzyk i plastyk-amator. Z zawodu elektronik, budowlaniec oraz magister teologii.

 

 

Społym budujymy nowo ślōnsko kultura. Je żeś z nami? Spōmōż Wachtyrza

Jakeście sam sōm, to mōmy małõ prośbã. Budujymy plac, co mŏ reszpekt do Ślōnska, naszyj mŏwy i naszyj kultury. Chcymy nim prōmować to niymaterialne bogajstwo nŏs i naszyj ziymie, ale to biere czas i siyły.

Mōgliby my zawrzić artykuły i dŏwać płatny dostymp, ale kultura powinna być darmowŏ do wszyjskich. Wierzymy w to, iże nasze wejzdrzynie może być tyż Waszym wejzdrzyniym i niy chcymy kŏzać Wōm za to płacić.

Ale mōgymy poprosić. Wachtyrz je za darmo, ale jak podobajōm Wōm sie nasze teksty, jak chcecie, żeby było ich wiyncyj i wiyncyj, to pōmyślcie ô finansowym spōmożyniu serwisu. Z Waszōm pōmocōm bydymy mōgli bez przikłŏd:

  • pisać wiyncyj tekstōw
  • ôbsztalować teksty u autōrōw
  • rychtować relacyje ze zdarzyń w terynie
  • kupić profesjōnalny sprzynt do nagrowaniŏ wideo

Piyńć złotych, dziesiyńć abo piyńćdziesiōnt, to je jedno. Bydymy tak samo wdziynczni za spiyranie naszego serwisu. Nawet nojmyńszŏ kwota pōmoże, a dyć przekŏzanie jij to ino chwila. Dziynkujymy.

Spōmōż Wachtyrza