Piotr Zdanowicz: Frankońskie echa na Górnym Śląsku

Przestrzeń tożsamości każdej nacji jest jak witraż złożony z setek, a może tysięcy barwnych elementów. Każde szkiełko z osobna niewiele znaczy, ale razem tworzą one piękną i harmonijną całość. Witraż śląskiej tożsamości zniszczono po 1945 roku, pozostawiając jedynie toporny szkielet i wmawiając nam, że ta ogołocona z istotnych treści namiastka to właśnie śląskość…

Wmawiano nam też, że poza pseudokulturowymi erzacami nigdy nic tutaj nie było, ale my wiemy, że było znacznie więcej i dlatego warto odnajdywać te zagubione szkiełka i wkładać we właściwe miejsce witraża, aby ocalić te fragmenty piękna i prawdy o nas i naszej historii, które da się jeszcze ocalić… Jednak wiele elementów tworzących niegdyś śląską tożsamość utraciliśmy na zawsze – na przykład etniczne wyspy kulturowe, za sprawą których górnośląskość była zarazem swojska i egzotyczna, mieniąc się również feerią barw innych niż złoto i błękit.

Dawnych zidlerōw nie ma już na Górnym Śląsku, a ich intrygujący świat popadł definitywnie w niebyt w zaledwie kilka miesięcy 1945 roku, kiedy to sowieccy barbarzyńcy wspomagani przez polskich stalinowskich siepaczy, wyjątkowo skutecznie położyli kres kilkusetletnim dziejom germańskich enklaw kulturowych na Śląsku.

Wielu mieszkańców górnośląskich wysp etnicznych, takich jak Szywałd, Gnadenfeld, Kostenthal, uciekło ze Śląska zanim zjawił się front, a ci którzy zostali, byli mordowani, zamykani w obozach lub w najlepszym wypadku okradani z mienia i wysiedlani. Nieliczni przetrwali tę gehennę, ale rozpłynęli się w nowej powojennej rzeczywistości tracąc tożsamość swoich przodków.

Dalszŏ tajla artykułu niżyj

Świat kolonialnych enklaw już nie wróci i nie wrócą tu ich dawni mieszkańcy, ale pozostały wioski i miasteczka w których żyli; pozostały zabytki, pamiątki, artefakty… Jest tego niewiele, bo od 1945 r. polscy administratorzy Śląska próbują zatrzeć wszystkie ślady po „niepolskiej” historii tej ziemi, albo tę historię tak przekłamywać, gmatwać i relatywizować, by stała się dla przyszłych pokoleń nieczytelnym szumem informacyjnym…

Dlatego warto docierać do kolejnych pamiątek związanych z losami dawnych zidlerōw, którzy od XIII wieku przybywali na Śląsk głównie z terenów dzisiejszych Niemiec i Niderlandów. – Warto zachować o nich pamięć, bo – wbrew lansowanym dzisiaj tezom – ich losy nie są wyłącznie częścią niemieckiej historii i kultury, ale też ważnym rozdziałem śląskich dziejów. – Tutaj przecież żyli, pracowali, świętowali i smucili się, mając Ślązaków za sąsiadów; a potem także tutaj umierali pozostając na zawsze na śląskiej ziemi, będącej ich jedynym Heimatem.

Jedną z najciekawszych germańskich enklaw kulturowych i językowych była osada Kostenthal, znana obecnie jako Gościęcin. Wioska ta położona na rolniczym Płaskowyżu Głubczyckim w centrum trójkąta utworzonego przez miejscowości: Głogówek, Głubczyce i Kędzierzyn-Koźle – znajduje się wprawdzie w powiecie kędzierzyńsko-kozielskim (w XIX w. należała do powiatu kozielskiego), ale kulturowo związana jest bardziej z ziemią głubczycką.

Różne wątki etosu dawnych Kostenthalerów miałem okazję przez ostatni rok badać, realizując projekt Domu Współpracy Polsko-Niemieckiej. Dotarcie do źródeł polskich było proste, ale dopiero wgląd w dawne materiały niemieckie, pokazał, jak bardzo wybiórczo traktowano tutejszą historię po 1945 r.

Mam zatem nadzieję, że próba rzetelnego odtworzenia dziejów Gościęcina i Bryksów przyczyni się do zachowania pamięci o wszystkim, co było dla tego miejsca ważne, a nie tylko o tym, co związane jest z polską racją stanu. Być może też powstanie książka, która byłaby pierwszą polską publikacją (nieakademicką) ukazującą w sposób komplementarny dzieje wyspy kulturowej Kostenthal.

Tymczasem kilka linijek wyżej pojawiła się w tekście nazwa „Bryksy”, która dotyczy urokliwej sakralnej enklawy będącej krajobrazową „wisienką na torcie” dla całej okolicy. Dlatego też, w oczekiwaniu na obszerniejsze publikacje o dawnym Kostenthal – proponują zajawkę, czyli trochę faktów, ze szczególnym uwzględnieniem wspomnianych Bryksów, popartych obrazkami z powietrza, autorstwa Piotra Krysiaka, który w bardzo efektowny sposób ukazuje piękno Górnego Śląska z lotniczej perspektywy.

BRYKSY – UROKLIWE, TAJEMNICZE, NIEZNANE…

foto Piotr Krysiak
foto Piotr Krysiak

Enklawa zwana Bryksami, to zakątek tak samo malowniczy jak niewielki, a na dodatek niemal zupełnie nieznany poza najbliższą okolicą. Jadąc samochodem miniemy to miejsce w kilkadziesiąt sekund, więc trudno sobie wyobrazić, aby na tak małej przestrzeni mogło istnieć, aż tak potężne bogactwo historyczne, kulturowe i sakralne…

Już w prehistorii ten dość charakterystyczny teren, pomiędzy płynącym w jarze potokiem, a zboczem niewielkiego wzniesienia, gdzie biło źródło z krystalicznie czystą wodą – stał się leśnym uroczyskiem, a później idealną miejscówką do zakładania osad, o czym świadczy kilka stanowisk archeologicznych rozsianych po całej okolicy.

Dej pozōr tyż:  Rada Języka Śląskiego bierze się do roboty

Niewielkie wzgórze, położone na żyznym płaskowyżu, opodal Bramy Morawskiej – gdzie prowadziło wiele strategicznych szlaków z południa na północ Europy – było zapewne już w czasach pogańskich miejscem kultu. Badania niemieckich archeologów dowiodły, że swe osady miały tu plemiona najstarszych prehistorycznych kultur, a później również Celtowie, Germanie, Hunowie, Słowianie… Zaś w czasach nowożytnych – począwszy od hord mongolskich w XIII w. – okolicę tę przemierzały rozmaite wojska podczas wielu okrutnych wojen toczonych na terenie Górnego Śląska.

Krótko przed Mongołami zjawili się jednak w tej części świata wybitnie pokojowo nastawieni przybysze z Frankonii – czyli mieszkańcy starogermańskiej krainy etniczno-kulturowej na terenie Niemiec, kultywujący jeszcze dzisiaj swe wyjątkowo bogate tradycje. To oni założyli (lub zasiedlili powtórnie) wieś Kostenthal, zwaną przez tutejszych Ślązaków Constantin, Gościycino, a dzisiaj noszącą nazwę Gościęcin.

Kreatywność i pracowitość „śląskich” Frankończyków sprawiła, że wioska targowa Kostenthal była przez stulecia najważniejszą osadą między Koźlem, Głubczycami i Głogówkiem (często była jedyną okoliczną miejscowością oprócz Koźla umieszczaną na mapach). Jej mieszkańcy byli tak zamożni, że będąc już ludźmi wolnymi (jak wszyscy mieszkańcy średniowiecznych miejscowości na prawie niemieckim) wykupili sobie jeszcze w Kapitule Wrocławskiej niemal całkowite zwolnienie z podatków.

Przybysze z Frankonii przywieźli też zapewne do Gościęcina kult św. Brykcjusza, bo postać tego wczesnośredniowiecznego biskupa z francuskiego dzisiaj Tours – popularna w niektórych regionach Europy Zachodniej – była w Europie Środkowej zupełnie nieznana. Zresztą kościółek pątniczy w Bryksach, ufundowany w 1661 r. przez dziedzicznego sołtysa Kostenthal – magistra sztuk wyzwolonych, Martina Wolffa oraz jego żonę Marthę – jest jedynym miejscem na przestrzeni Śląska, Moraw i Polski, gdzie czci się Brykcjusza, zaś w Czechach jest tylko jeden kościół pod wezwaniem tego świętego, tuż przy granicy z Bawarią…

Dawni Kostenthalerzy, żyjący w hermetycznej enklawie kulturowo-językowej byli najlepszymi rolnikami i rzemieślnikami w okolicy. Posługiwali się dawnym dialektem germańskim słabo zrozumiałym nawet dla Niemców i dopiero w połowie XIX w., kiedy świat zaczął stawać się tym, co nazywamy dzisiaj „globalną wioską” – również oni musieli wychylić się z kulturowego kokonu i wtedy rozpoczęła się ich asymilacja z otaczającymi ich słowiańskimi Górnoślązakami…

Później był – niestety, rok 1945, kiedy Ślązacy masowo ginęli z rąk sowieckich i polskich stalinowców, zwanych cynicznie przez Polską propagandę „wyzwolicielami”. Morderstwa liczono w dziesiątkach tysięcy, wywózki do łagrów i obozów opustoszałych po hitlerowcach – w setkach tysięcy; gwałty, rabunki i przymusowe wysiedlenia – w milionach…

Szczególne okrucieństwo spotykało mieszkańców germańskich enklaw – takich jak położony tuż przy ówczesnej granicy polskiej – dzisiejszy Bojków (obecnie dzielnica Gliwic) zasiedlony również w XIII w. przez Frankończyków i zwany wówczas w miejscowym dialekcie Scuenevalde, a w języku śląskim Szywałd. Zamordowano tam kilkuset mieszkańców i tam też rozegrał się jeden z najokrutniejszych aktów „tragedii górnośląskiej po 1945 r.”, kiedy Sowieci zamknęli w jednym z domostw kilkadziesiąt osób (od dzieci po starców) i spalili żywcem (według niektórych źródeł ofiary zostały uprzednio zastrzelone).

Większość rdzennych mieszkańców Kostenthal, wiedząc co dzieje się na wschodzie Górnego Śląska, opuściło w popłochu swe domy i w ten sposób po historycznej świetności osady i jej dawnych mieszkańcach pozostało jedynie kilka nazwisk – często już w sąsiednich wioskach, a także trochę artefaktów oraz nieliczne historyczne nagrobki z nazwiskami dawnych Frankończyków…

W ich miejsce osadzono w Gościęcinie Kresowiaków, przesiedlonych decyzją Stalina ze wschodu II Rzeczpospolitej. To za ich sprawą w latach powojennych działała tam jedyna w tej części Górnego Śląska komórka WiN (większość z jej członków poniosła śmierć w kozielskim stalinowskim więzieniu UB). Jednak warto dopowiedzieć, że zarówno stalinowcy, jak i członkowie prawicowej polskiej organizacji, mieli tak samo wrogi stosunek do autochtonicznej ludności Gościęcina.

FARŎRZE, PUSTELNIKI I „ZWYKŁE ŚLŌNZŎKI”

foto Piotr Krysiak
foto Piotr Krysiak

Na szczęście urokliwe sacrum w Bryksach jawi się dziś jako niemal nietknięte zębem czasu. Rany po czasach sowieckiej okupacji zdążyły się już częściowo zabliźnić, w dużej mierze dzięki ludziom, którzy w przeszłości i teraz poświęcają wiele sił i środków, aby nie dopuścić do zupełnego zniszczenia i marginalizacji tego miejsca.

Jedną z takich osób jest na pewno Georg Gorzoła – mieszkaniec pobliskich Kózek, który – pomimo że jest już osobą „mocno dojrzałą” – robi wszystko, aby ocalić dla potomnych depozyt historycznych i sakralnych skarbów – jakie niezmiennie fascynują tych, którzy zechcą przybyć do Bryksów i nieco bardziej się tutaj „rozejrzeć”.

Dej pozōr tyż:  „Regiolucjonista” w polskim rządzie

Pozytywnie zapisało się też w historii pątniczej enklawy wielu gościęcińskich proboszczów. Zresztą jednego z nich znał dobrze i odwiedzał w Kostentahal (gdy tylko był w sąsiednim Koźlu) sam Friedrich der Grosse – lecz to nie on najbardziej zasłużył się dla Bryksów, ale żyjący przeszło 100 lat później Franz Buschmann, którego posługa przypadła na ostatnie lata przed II wojną światową.

Ten pochodzący ze słynnej cysterskim opactwem, górnośląskiej Jemielnicy, był wcześniej proboszczem w Bielszowicach (obecnie dzielnica Rudy Śląskiej), gdzie z racji umiejętności wyniesionych z gospodarstwa swych rodziców – był dla swych parafian nie tylko księdzem, ale też doradcą w sprawach uprawy roślin, hodowli zwierząt, a nawet „weterynarzem”. Jak sam wspominał – miał czasem dylemat, czy powinien w wyznaczonym czasie usiąść w konfesjonale, czy w nagłym przypadku iść do cielącej się krowy.

Po 1922 roku – pomimo, że optował za Niemcami – pozostał w Bielszowicach, ale był przez propolską cześć miejscowej społeczności szkalowany i ukazywany władzom kościelnym w Katowicach jako germanizator i propagator antypolskich postaw. W końcu biskup ugiął się wobec coraz większych nacisków i odwołał Bushmanna z parafii i diecezji. W ten sposób musiał się on przenieść na „niemiecką stronę” Górnego Śląska (do diecezji wrocławskiej) i wkrótce trafił do Kostenthal.

Mówi się, że nieszczęścia chodzą parami; ale parami chodzi też czasem szczęście i tak było w wypadku Bryksów i Gościęcina w latach 30. XX wieku – kiedy w tym samym czasie, znaleźli się tam – proboszcz Buschmann i pustelnik Alojzy Kałuża…

No właśnie – w Bryksach, pomiędzy dwoma grzbietami pagórków jest łąka, a tam znajduje się pustelnia – bodaj jedyna w tej części Śląska. Pierwszy pustelnik Johannes Kossmann wprowadził się tutaj w 1771 r., ale apogeum rozkwitu pustelni i całych Bryksów nastąpiło właśnie za sprawą pochodzącego z podraciborskich Górek Śląskich, Alojzego Kałuży, który w 1931 r. jako 9. pustelnik zamieszkał w tutejszym eremie.

Ten żołnierz z czasów I wojny, sprawny rolnik, zdolny rzemieślnik i podróżnik (zwiedził Ziemię Świętą) doprowadził „pustelnicze” gospodarstwo do rozkwitu. W porozumieniu z księdzem Buschmannem wprowadzał innowacje, rozbudował pustelnię o część gościnną dla pielgrzymów, odnowił sad i ogród, założył mini ZOO dla dzieci. W Bryksach odbywały się cykliczne koncerty plenerowe, a w domu pielgrzyma wydzielonym z pustelni można było zamówić posiłek i przenocować.

Odtąd Bryksy były już nie tylko pątniczym sacrum, ale również celem rodzinnych wycieczek dla osób z Koźla, Głogówka, Głubczyc… Sam Kałuża, chociaż według relacji współczesnych – był człowiekiem uduchowionym i pobożnym – chciał, aby Bryksy tętniły życiem. Stronił wprawdzie od tak zwanych „światowych uciech”, ale nie unikał ludzi, bo ich obecność nie przeszkadzała mu w odnalezieniu drogi do Boga. – Zupełnie inaczej, niż wielu dzisiejszych duchownych, którzy unikają raczej ludzi, aniżeli światowego blichtru…

Rozkwit Bryksów został zahamowany przez wybuch wojny, a potem był rok 1945 i demolka tego miejsca przez sowieckich frontowców oraz „planowe zaniedbania” czynione przez polskie władze. Alojzy Kałuża znowu trafił na front i znowu przeżył wojnę, a po jej zakończeniu wrócił do Bryksów i kontynuował swe pustelnicze dzieło. Tym razem jednak nie mogło być mowy o rozkwicie, ale raczej o ratowaniu przed zniszczeniem… Nie mógł już też współpracować z księdzem Buschmannem, bo ten ostatni został przez stalinowskie władze negatywnie zweryfikowany (jako wrogi element) i deportowany do Niemiec.

Kiedy w 1977 r. Alojz Kałuża zmarł, wydawało się, że odtąd pustelnia w Bryksach nie będzie już nigdy miała swego rezydenta, i rzeczywiście przez 42 lata stała pusta. Tymczasem dość nieoczekiwanie w 2019 r. zamieszkała tam pierwsza konsekrowana przez biskupa Czaję pustelniczka – dawna karmelitanka, która przyjęła imię: siostra Maria Electa od Jezusa.

Miałem okazję rozmawiać z siostrą Marią i okazało się, że ta bardzo wykształcona i pracowita osoba ma jeszcze jedną zaletę: interesuje się dziejami i kulturą Śląska. Na moje pytanie – dlaczego, skoro pochodzi spod Tarnowa i wybrała sposób życia w odosobnieniu – odparła, że pragnie poznawać tutejszych ludzi oraz ich zwyczaje, kulturę i historię, bo nie chce się czuć jak “obcy element”, ale – na tyle na ile może – być częścią tego świata…

Dej pozōr tyż:  Piotr Masłowski: Friuli fiu fiu

Pomyślałem wtedy, że szkoda, iż nie wszyscy ludzie, którzy przybywali i wciąż przybywają na Śląsk z różnych regionów Polski nie postrzegają tego tematu w taki sposób. Szkoda też, że wielu Ślązaków nie chce poznawać śląskiej historii i kultury – przynajmniej tak, jak robi to pochodząca spod Tarnowa pustelniczka z Bryksów.

No właśnie, przykład Bryksów i dawnego Kostenthal jeszcze raz przekonuje, że od najpiękniejszych krajobrazów i najcenniejszych zabytków ważniejsi są ludzie, bo bez nich wszystko jest już tylko – być może pięknym – ale martwym i bezdusznym skansenem. Z Kostenthal wyjechali bezpowrotnie ludzie, którzy przez stulecia tworzyli etos tego miejsca i dlatego miejscowość ta nigdy nie będzie już tym, czym była dawniej. Na szczęście pobliskie Bryksy – właśnie dzięki oddanym ludziom – pomimo wielu dziejowych zakrętów – nie zatraciły swego genius loci.

SAKRALNIE, HISTORYCZNIE, NOSTALGICZNIE…

foto Piotr Krysiak
foto Piotr Krysiak
foto Piotr Krysiak
foto Piotr Krysiak

Wciąż pośród starych drzew już od 450 lat stoi drewniany kościółek z częściowo oryginalnym cennym wyposażeniem. Wciąż w pobliskiej dolince jest kaplica i neoromański ośmioboczny budynek okrywający kamienną studnię Brykcjusza – być może najstarszą ze wszystkich tutejszych artefaktów… A obok pompa, dzięki której zaczerpnąć można wody z cudownego źródełka – tej samej, która kilkaset lat temu schładzała strudzonych podróżnych, a pątnikom proszącym Opatrzność o uzdrowienie dawała nadzieję i siłę.

Jest na przeciwległym wzniesieniu niewielki lasek, gdzie w 2016 r. w czasie Światowych Dni Młodzieży była plenerowa droga krzyżowa, gdy jako dziennikarzowi było mi dane towarzyszyć młodym ludziom z Panamy, Argentyny, Urugwaju, Libanu, Czech, Słowacji, Polski, przemierzającym pątnicze ścieżki górnośląskich Bryksów… A dalej jest sad i kilka powyginanych przez czas przeszło stuletnich drzew owocowych pamiętających dawnych tutejszych pustelników…

Nieco w kierunku Kózek teren jest wyjątkowo falisty i tam znajdziemy niewielki jar, gdzie płynie wciąż niewielki strumyk, co szemrze legendy o dawnych Kostenthalerach i utopcach, i czornych ludach z bażołōw, i kukurydzianych stworach… Stare świątki przy polnych drogach pilnują zaś, żeby beboki się nie panoszyły i trwając na swych nostalgicznych posterunkach, strzegą tajemnic tego maleńkiego wycinka górnośląskiej ziemi, który naszych przodków fascynował pewnie jeszcze bardziej, gdy po nieistniejących już bagnach w stronę Naczęsławic błąkały się jesienią ogniki świętego Elma.

Na prawo od dawnych bagien jest Georgsberg i wioska Trawniki – kiedyś siedziba słynnego rodu Larisch von Nimsdorf, a na zachód już prawie na horyzoncie – neogotycka wieża kościoła we Wróblinie, gdzie urodził się najbardziej znany ze śląskiego klanu Cybisów (Cibisōw) – malarz kapista, Jan Cybis, którego sława wykracza daleko poza Śląsk i Polskę… A z przeciwległej strony – płaski jak Holandia kostenthalski Überschar i legenda o wiosce, która zapadła się ponoć pod ziemię, i tajemnice mongolskich wojaków, którzy mają spoczywać w tej samej ziemi wraz ze swym skarbem…

Jeszcze dalej przyklejone do leśnego pagórka Borzysławice – dziś najmniejsza okoliczna osada, z której 250 lat temu dowódca kozielskiej twierdzy, Gerhard von Sass, chciał uczynić nowy Berlin i… prawie mu się udało!… A daleko w tle spoglądający na wszystko majestatyczny Pradziad – co jak potężny kopiec graniczny wskazuje południowo-zachodni kres Górnego Śląska…

I tylko szkoda, że wciąż tak wielu autorów, bezrefleksyjnie kopiuje treści z peerelowskich źródeł i powtarzając jak mantrę, że tutejsi koloniści przybyli z Flandrii lub Francji realizuje wolę tych, którzy chcieli wymazać “niewygodne” wątki z historii Śląska… Szkoda też, że tak wielu autorów – powodowanych tymi samymi schematami – siedmiuset latom fascynujących dziejów kostenthalskich Frankończyków poświęca ledwie kilka zdań, a siedemdziesięciu latom powojennej historii Gościęcina – wiele stronic swych opracowań…

foto Piotr Krysiak

Na koniec i zarazem na zachętę do odwiedzenia Bryksów – jeszcze kilka jesiennych landszaftów tego miejsca, autorstwa Piotra Krysiaka (Obiektyw PK Foto i Film).

Piotr Zdanowicz – pasjonat oraz badacz historii, kultury i przyrody Górnego Śląska. Dziennikarz, autor lub współautor książek i reportaży, a także kilkunastu prelekcji, kilkudziesięciu artykułów prasowych oraz kilkuset tysięcy fotografii o tematyce śląskiej. Pomysłodawca rowerowych i pieszych szlaków krajoznawczych na terenie Katowic, Mysłowic i Tychów oraz powiatu kędzierzyńsko-kozielskiego. Poeta, muzyk i plastyk-amator. Z zawodu elektronik, budowlaniec oraz magister teologii.

Społym budujymy nowo ślōnsko kultura. Je żeś z nami? Spōmōż Wachtyrza

Piotr Zdanowicz – pasjonat oraz badacz historii, kultury i przyrody Górnego Śląska. Dziennikarz, autor lub współautor książek i reportaży, a także kilkunastu prelekcji, kilkudziesięciu artykułów prasowych oraz kilkuset tysięcy fotografii o tematyce śląskiej. Pomysłodawca rowerowych i pieszych szlaków krajoznawczych na terenie Katowic, Mysłowic i Tychów oraz powiatu kędzierzyńsko-kozielskiego. Poeta, muzyk i plastyk-amator. Z zawodu elektronik, budowlaniec oraz magister teologii.

Śledź autora:

5 kōmyntŏrzi ô „Piotr Zdanowicz: Frankońskie echa na Górnym Śląsku

  • 27 listopada 2022 ô 22:14
    Permalink

    byłem, piękne jest to miejsce no i piękne krajobrazy wokół. Pozdrawiam autora tekstu i autora zdjęć

    Ôdpowiydz
  • 27 listopada 2022 ô 22:11
    Permalink

    Bryksy dane mi było odwiedzić już kilkukrotnie, a to przejazdem to znów obierając sobie jako cel wycieczki czy raczej spaceru. Niezależnie od pory roku widoki pól rozciągających się za kościółkiem i majączące za nimi góry stanowią widok sielankowy wręcz magiczny. Należy dodać, że to teren bywający areną ciężkich zmagań rycerzy na swych crossowych rumakach. Pofałdowany teren jest bowiem nie tylko malowniczy, ale idealny dla uprawiania sportów rowerowych. Miejmy nadzieję, że w swej historii już tylko takie walki będą nawiedzały to urokliwe miejsce rozsławiając je w świecie i przyciągając zarówno kibiców jak też kolejnych śmiałków. Odwiedzając to miejsce w przyszłosci zapewne warto spojrzeć przez pryzmat historii opisanej przez Piotra. Historii Śląska widzianej w sposób nie sztampowy za to rzetelny i jednocześnie pełen emocji i wrażliwości.

    Ôdpowiydz
  • 27 listopada 2022 ô 13:32
    Permalink

    Dziękuję za opis, wlasnie tu jestem, historia jest fascynująca

    Ôdpowiydz
  • 26 listopada 2022 ô 20:05
    Permalink

    Witom, mój ołpa pochodził z Gościęcina, zawsze chciałam zgłębić historię i mojego pochodzenia, bo też stąd się wywodzę, miał na nazwisko Szafranek spolszczone, a z nien. Schaffranek Heinrich i bardzo mnie interesuje to samo nazwisko na Bryksyjskim epitafulium jest zapisane, nosiła je z domu pewna hrabianka Walliczek. Nie wiem dlaczego ci ludzie tam pochowani umarli we Wrocławiu, jakby Pan to umiał zgłębić w jakiś archiwach, byłabym wdzięczna Beata

    Ôdpowiydz
  • 26 listopada 2022 ô 18:04
    Permalink

    Przepiękna i mądra opowieść… wiosną na pewno tu dotrę. Dziękuję 🙂

    Ôdpowiydz

Ôstŏw ôdpowiydź

Twoja adresa email niy bydzie ôpublikowanŏ. Wymŏgane pola sōm ôznŏczōne *

Jakeście sam sōm, to mōmy małõ prośbã. Budujymy plac, co mŏ reszpekt do Ślōnska, naszyj mŏwy i naszyj kultury. Chcymy nim prōmować to niymaterialne bogajstwo nŏs i naszyj ziymie, ale to biere czas i siyły.

Mōgliby my zawrzić artykuły i dŏwać płatny dostymp, ale kultura powinna być darmowŏ do wszyjskich. Wierzymy w to, iże nasze wejzdrzynie może być tyż Waszym wejzdrzyniym i niy chcymy kŏzać Wōm za to płacić.

Ale mōgymy poprosić. Wachtyrz je za darmo, ale jak podobajōm Wōm sie nasze teksty, jak chcecie, żeby było ich wiyncyj i wiyncyj, to pōmyślcie ô finansowym spōmożyniu serwisu. Z Waszōm pōmocōm bydymy mōgli bez przikłŏd:

  • pisać wiyncyj tekstōw
  • ôbsztalować teksty u autorōw
  • rychtować relacyje ze zdarzyń w terynie
  • kupić profesjōnalny sprzynt do nagrowaniŏ wideo

Piyńć złotych, dziesiyńć abo piyńćdziesiōnt, to je jedno. Bydymy tak samo wdziynczni za spiyranie naszego serwisu. Nawet nojmyńszŏ kwota pōmoże, a dyć przekŏzanie jij to ino chwila. Dziynkujymy.

Spōmōż Wachtyrza