Ostatni gasi światło: O wspólnocie języka

Udowadnianie odwiecznej polskości Śląska ma długą historię sięgającą połowy XIX w., a więc czasu gdy region stanął u progu prześcignięcia w rozwoju gospodarczym i zasobności największych europejskich ośrodków przemysłowych. Przypadek? Dla dowodzących tej odwieczności zagadnienia państwowo-prawne stanowiły od początku ślepą uliczkę, a właściwie kanał, z uwagi na stosunkowo krótką przynależność regionu do państwa polskiego, do tego rozpoczętą polskim podbojem, a zakończoną dobrowolnym, niewymuszonym powrotem w orbitę wpływów władców Czech. Siłą rzeczy od samego początku ten aspekt redukowano więc do ogólnego stwierdzenia, że “ziemia ta z dawien dawna należała do Polski”, zaś główny akcent kładziono na sprawy językowe: polskojęzyczność mieszkańców, brzmienie tradycyjnych nazw miejscowych, brzmienie nazwisk. Wspólnota mowy stała się więc jedynym w miarę konkretnym argumentem, gdy przyszło do wysuwania roszczeń. Możnaby spytać: no ale co ma wspólnota języka do wspólnoty państwowej, czy gdyby pojawiły się roszczenia Wirtembergii bądź Nadrenii wobec Austrii i Szwajcarii to też trzeba je uznać? A roszczenia USA wobec Australii?

Dalszŏ tajla artykułu niżyj

Utożsamienie używanego języka z tożsamością narodową to stosunkowo świeży koncept. Zaistniał tak naprawdę dopiero na przełomie XIX i XX wieku, bo był nowoczesnym nacjonalistom potrzebny do różnych rzeczy. Do konsolidacji mas, do wskazywania wroga wewnętrznego i zewnętrznego, a także do wysuwania żądań terytorialnych względem państw sąsiednich. Jednak do opisu rzeczywistości wcześniejszej niż pierwsze dwie dekady XX w. nadaje się ów koncept jak łódź podwodna do surfingu. Wcześniej, jak byłeś poddanym Wielkiego Księcia Litwy to byłeś naród litewski, jak poddanym króla Czech – to byłeś naród czeski, jeśli króla Prus – toś był naród pruski, króla Polski – naród polski, itd. Język używany w domu (chałupie, familoku, dworze, zamku, pałacu), a nawet język używany na podstawie starych praw w lokalnym sądzie, magistracie czy starostwie, miały do narodowości tyle, co kolor włosów, oczu, względnie stopień krzywości nóg. Gdy w 1616 r. w gospodzie w Bytomiu bracia Kozłowscy, właściciele Łomnicy i Makowczyc na Górnym Śląsku (księstwo opolsko-raciborskie, część Królestwa Czech rządzonego przez dynastię Habsburgów) atakowali Jakuba Kuszla, szlachcica z Rzeczypospolitej, krzyczeli – co mamy w zachowanych aktach sądowych – “Bij, zabij tego skurwego syna polskiego!”. Krzyczeli oczywiście po polsku. Kuszel był dla nich “skurwym synem polskim”, bo był polskim szlachcicem, oni zaś synami polskimi – skurwymi czy nie skurwymi – nie byli ani w swoim mniemaniu, ani w opinii nikogo wokół, albowiem byli poddanymi króla czeskiego. I ani ich nazwisko, ani ich podstawowy język komunikacji użyty tu w sytuacji silnego wzburzenia, nie miały nic do rzeczy.

Przykładów takich jak powyższy zachowała się znaczna ilość, dorzucę jeszcze jeden, bliższy – mi terytorialnie, a wszystkim – czasowo, bo dwieście lat późniejszy. W styczniu 1807 r., gdy pruska armia po stratach zadanych przez armię Napoleona była w kompletnej rozsypce, na zagarniętym wcześniej przez Prusy tzw. Nowym Śląsku, zwanym współcześnie Zagłębiem Dąbrowskim, wybuchło antypruskie powstanie. Polskie pospolite ruszenie pod wodzą właściciela Żarek na Jurze, pana Mączyńskiego dość szybko przejęło kontrolę nad swoją okolicą i wymyśliło, że czas jest, ochota jest, a bardzo blisko, po drugiej stronie granicy na Brynicy są bogate miasta Śląska, praktycznie niebronione, bo Prusacy pozostają aktualnie w czarnej d… W miastach zaś – w urzędach, kasach miejskich, prywatnych domach – zalega mnóstwo bogactwa i się marnuje, bo sąsiedzi zza rzeki nie znają się na wydawaniu pieniędzy z fantazją. No to szkoda by było, czyż nie?
Na początek wybrali się więc do Gliwic. Po drodze spotkali niewielki, acz w przeciwieństwie do nich zawodowy, oddział kawalerii napoleońskiej pod komendą rotmistrza Trembeckiego, który wysłany został przez dowództwo armii gdzie indziej i po co innego, ale skonstatował, że jeśli można pomóc przy redystrybucji bogactw, to z tamtym się aż tak nie spieszy.

W takim składzie osobowym wkroczyli dzielni polscy wojacy do leżących po drodze do Gliwic Tarnowskich Gór, miasta zamieszkanego w dużej mierze przez ludność polskojęzyczną. Tarnogórzanie byli zdrowo poirytowani, bo Trembeckiego widzieli już kilka dni wcześniej, gdy złupił miasto i zostawił po sobie nieporządek. Nie wyszli więc tłumnie na ulice z kwiatami witać Polaków z Żarek, Siewierza, Lelowa. Ale wyszedł pan burmistrz Leopold Kaliszek z delegacją kilkunastu mieszczan i z szerokim uśmiechem na ustach jął serdecznie przekonywać – w języku polskim oczywiście – “że oni chociaż pod panowaniem Prusaków, ale jako jednaką mowę mają z Polakami, ich braćmi i sąsiadami” (tak nam to zrelacjonował żołnierz napoleoński Konopka). Kaliszek z rajcami zaprosili do rozgoszczenia się na kwaterach i ogólnie było przyjaźnie i bardzo miło, ale krótko. Bo chwilę później ukryci do tej pory mieszczanie tarnogórscy wspomagani przez oddział pruskich huzarów pod komendą rotmistrza Witowskiego (etniczna polskość Witowskiego jest nie do podważenia) strzelali do wojowników Mączyńskiego i Trembeckiego jak do kaczek oraz siekli bronią białą, zastawiając nawet pułapkę w postaci rozciągniętego łańcucha. Wspólnota mowy okazała się więc więzią kruchą, czego na pewno nie można powiedzieć o wspólnocie państwowej tarnogórzan z państwem reprezentowanym przez rotmistrza pruskiej kawalerii Witowskiego. Andreasa, tak na marginesie.

Oczywiście należy pamiętać, że z tą polskojęzycznością też nie jest do końca tak, jakby się wydawać mogło. W końcówce XIX w. mówiący po polsku przybysz z Warszawy bez wątpienia prędzej i efektywniej skomunikowałby się z rosyjskojęzycznym Rosjaninem spod Niżnego Nowgorodu niż z teoretycznie polskojęzycznym Ślązakiem spod Gleiwitz.

Pan Kracy

Jakeście sam sōm, to mōmy małõ prośbã. Budujymy plac, co mŏ reszpekt do Ślōnska, naszyj mŏwy i naszyj kultury. Chcymy nim prōmować to niymaterialne bogajstwo nŏs i naszyj ziymie, ale to biere czas i siyły.

Mōgliby my zawrzić artykuły i dŏwać płatny dostymp, ale kultura powinna być darmowŏ do wszyjskich. Wierzymy w to, iże nasze wejzdrzynie może być tyż Waszym wejzdrzyniym i niy chcymy kŏzać Wōm za to płacić.

Ale mōgymy poprosić. Wachtyrz je za darmo, ale jak podobajōm Wōm sie nasze teksty, jak chcecie, żeby było ich wiyncyj i wiyncyj, to pōmyślcie ô finansowym spōmożyniu serwisu. Z Waszōm pōmocōm bydymy mōgli bez przikłŏd:

  • pisać wiyncyj tekstōw
  • ôbsztalować teksty u autōrōw
  • rychtować relacyje ze zdarzyń w terynie
  • kupić profesjōnalny sprzynt do nagrowaniŏ wideo

Piyńć złotych, dziesiyńć abo piyńćdziesiōnt, to je jedno. Bydymy tak samo wdziynczni za spiyranie naszego serwisu. Nawet nojmyńszŏ kwota pōmoże, a dyć przekŏzanie jij to ino chwila. Dziynkujymy.

Spōmōż Wachtyrza

Cyntrum Preferyncyji Prywatności

Potrzebne

Zbiory cookies potrzebne do nojbarzij podstawowych funkcyji serwisu: zgoda na politykã prywatności (gdpr) i informacyjŏ ô blokowaniu reklam (anCookie), testowy zbiōr ôd platformy (wordpress_test_cookie)

gdpr, anCookie, wordpress_test_cookie

Ino po zalogowaniu

Zbiory cookies potrzebne do byciŏ zalogowanym w serwisie.

wordpress_logged_in_, wordpress_sec_, wp-settings-time-