Monika Neumann: Miedznik na sianokosach

Noc rozlała swoją ciemność po łące, granitowym jedwabiem otulała drzewa rosnące przy granicy, wpadała do rowu z strumieniem dzielącym ziemie poszczególnych właścicieli, przyglądała się rechoczącym w wodzie żabom, wychodziła stamtąd na czworakach i biorąc rozpęd wskakiwała na stertę suszącego się siana, pozostawiając na nim przejrzyste perły rosy. Rozglądała się wokoło, pochyliła się nad świerszczem by go pogłaskać, wsłuchując się przy tym w jego cykanie. Gdzieś w oddali szczekał pies, wiatr leniwie poruszał liśćmi starej potężnej wierzby, podnosząc przy tym szum i szelest, tak donośny wśród ciszy uśpionego świata. Noc zamknęła oczy, wsłuchana w swój hymn niesiony ponad źdźbłami trawy ku dachom domów, w których oknach odbijał się stary i zmęczony księżyc.

Dalszŏ tajla artykułu niżyj

Jego srebrna tarcza czuwała,  wychylając się zza morza chmur, piętrzących się pod nim fal, rozpływał się w srebrzyście lśniącej pianie po całym niebie, czuwał nad nocną symfonią blasków, cieni i modlitwy odpoczywającej ziemi. Jego srebrna poświata wędrowała po niebie, muskała delikatne linie pochmurnego nieba i spływała zaraz za ciemnością, pomiędzy zielonym, szumiącym listowiem na łąkę, na siano, malując przy tym na ziemi misterny wzór będący językiem znanym tylko jemu. Pisał o cnotach i grzechach tej ziemi, rysował każde jej błogosławieństwo i przekleństwo spływające prosto z ust w nieskończoną ciemność świata pod jej powierzchnią. Były to piękne słowa, były tekstem do nocnej melodii i noc, wpatrzona w jego oblicze, kochała całym sercem towarzysza swojego krótkiego życia. Oboje widzieli zbyt wiele, znali ten skrawek ziemi, każdy odłamek jej duszy skryty w sercach śpiących spokojnie ludzi.

Rozespana dziewczyna pochyliła się nad ramą szeroko otwartego okna i oparła głowę na ramionach, pozwalając przy tym wiatrowi przynieść rześkie powietrze przesączone zapachem łąki, strumienia i siana i otulić swoje ciało przyjemnym chłodem. Powietrze spływało strumieniem po ścianie, ogarniało pomieszczenie, drewnianą podłogę, tykający zegar, rozgrzaną pościel, by w końcu zatrzymać się w najciemniejszym kącie i tam odpocząć. Cicha muzyka tej nocy koiła jej duszę, opadające stopniowo powieki zasłoniły wpatrzone w niebo oczy i jej oddech stał się spokojny i równomierny, odmierzany już teraz cykaniem świerszcza.

Spokój ten przerwał czyiś nierówny krok. Noga powłóczona po ziemi szurała, pozostawiała ziemiste plamy pośród suchej zieleni, zabierając z sobą starannie zagrabiane siano. Noga powłóczyła niestrudzenie w rytm cykania świerszczy, które przestały odmierzać równy oddech dziewczyny, a rozpoczęły marsz. Ciężki, umęczony oddech postaci zagłuszał jednak te niuanse.

Jezichkusie, pojynkujes gorzej jak te chopy, co tu dzisiej cołki dziyń siano kosili. A grzoło w pierōna, sōm piołch. Nie gŏdōm, ze bōli zachwycyni i pieśnicki śpiewali, ale nie jynceli jak starŏ baba, a ty brzmis jak piyńcdziesiōnt starych bab przyjacielu- zaczęła świergotać noc, a jej niski śmiech rozniósł się echem pohukiwania sowy.

Ja, bo wiela ôni sie mancyli, a wiela jŏ. Wiela im lŏt, powiyc sam. Zwanzig? Dreisig? Abo jak jŏ dwiesta? Jŏ jus przestoł licyć. Pfu- postać obróciła się i zapluła.

-Ja, ja, ja… Śtyry Abrahamy idōm u ciebie do pary. Dej lepiyj pozōr. Downiyj toś tej ziymi nie mōg dojś sie nachłapić, a teroski bes na nia pluł.

-Ja. Bych to wiejdzioł, to bych wszyjskie morgi oddoł w pierōna i posoł furt.

-Nie cygań. Za ta ziymia ôddołś serce, za kawałek miedzy ś serce ôddoł.

-Bych wiedzioł, ze noc to taki mōndrŏk- zaczęła postać.

-To byś siedzioł ksiōnski pisoł.

-Bych ôroł ta miedza nocōm.

Ale noc się nie śmiała. Teraz już milczała całą swoją powagą. Spoglądała na postać, na kamień, który pobielałe palce ściskały, na ramiona, które ten kamień niosły już kolejny wiek. Kamień graniczny.

Dziewczyna otworzyła oczy, rozbudzona pohukiwaniem nocy. Jej oczy wędrowały po krajobrazie, spoglądały na mężczyznę garbiącego się pod ciężarem kamienia, na wzory malowane przez księżyc na zielonej trawie. Widziała mężczyznę, który przez dwadzieścia lat, każdej wiosny i jesieni, gdy ruszał w pole, przybierał pola przy miedzy, zakopując w miękkiej glebie kamień graniczny, przywłaszczając sobie cząstkę duszy sąsiada. Widziała, jak jego własna zachłanność zamieniła go w demona, przykuła do tego skrawka i nałożyła na ramiona sponiewierany przez tyle lat kamień.

Jej powieki jednak opadały. Woń suszącego się siana sprawiała, że jej zmęczenie krótką nocą było silniejsze niżeli ciekawość. Jej uśpiony umysł przyjmował wszystko z naturalnością snu i brak logiki przekształcał w oczywisty fakt.

Umęczony duch rozglądał się, aż ujrzał jasną twarz i bujne loki opadające na ramiona. Spoglądał na nią i myślał, ile „pra” musi dopisać przed wnuczkę, by nie pomylić rachunku. Ich wszystkich widział, żywot każdego się dopełniał i odchodzili, a on tu trwał, z reguły niezauważony. Spoglądał na tą młodą twarz i wykrzyczał słowa:

I cus jŏ mōm z tym kamiyniym poradzić? Powiydz yno- lecz dziewczyna zdobyła się już na to, by odsunąć się od okna. Wtedy udręczony duch wyrzucił z siebie okrzyk tak żałosny, że zmęczona dziewczyna się znów odwróciła i z poirytowaniem rozbudzonego człowieka spojrzała na kamień.

Bo jŏ wiym. Ciepnij go sam skōndś go wziōn i dej ludziōm spać- odpowiedziała, pewna, że to znów sen i rzuciła się na prześcieradło, które zdążyło się ochłodzić.

Duch oniemiał. Także noc szeroko otworzyła oczy. Kamień opadł z jego rąk i posłusznie poturlał się w kierunku pola i już przed pokoleniami zapomnianej miedzy. Słowa zaczęły odzierać zjawę z ziemskiej skorupy i zamieniły ducha w duszę, która mogła odejść śladem swoich przodków. Noc w ciszy przyglądała się cieniom, głaskając jedną dłonią zakopany wśród siana samotny rumianek. Zjawa zniknęła, a ona pozostała. W oddali, jeszcze daleko pod horyzontem, majaczyło słońce, ale na razie noc siedziała jeszcze, wpatrzona w grę światła księżyca na skrawku ziemi, który jeszcze niedawno należał do miedznika. Gdzieś w oddali szczekał pies, wiatr leniwie poruszał liśćmi starej wierzby…

Monika Neumann – Te ôpolske dziołchy, wielkie paradnice, kŏzały se posyć cerwone spōdnice… Monika Neumann czerwonej spódnicy jeszcze nie posiada, ale ôpolskōm dziołchōm jest z krwi i kości. Jest absolwentką Instytutu Filologii Germańskiej w Opolu i już za bajtla odkryła w sobie szczególne upodobanie do historii o tym, jak na jej małym skrawku Ślōnska bōło piyrwej.

Jakeście sam sōm, to mōmy małõ prośbã. Budujymy plac, co mŏ reszpekt do Ślōnska, naszyj mŏwy i naszyj kultury. Chcymy nim prōmować to niymaterialne bogajstwo nŏs i naszyj ziymie, ale to biere czas i siyły.

Mōgliby my zawrzić artykuły i dŏwać płatny dostymp, ale kultura powinna być darmowŏ do wszyjskich. Wierzymy w to, iże nasze wejzdrzynie może być tyż Waszym wejzdrzyniym i niy chcymy kŏzać Wōm za to płacić.

Ale mōgymy poprosić. Wachtyrz je za darmo, ale jak podobajōm Wōm sie nasze teksty, jak chcecie, żeby było ich wiyncyj i wiyncyj, to pōmyślcie ô finansowym spōmożyniu serwisu. Z Waszōm pōmocōm bydymy mōgli bez przikłŏd:

  • pisać wiyncyj tekstōw
  • ôbsztalować teksty u autōrōw
  • rychtować relacyje ze zdarzyń w terynie
  • kupić profesjōnalny sprzynt do nagrowaniŏ wideo

Piyńć złotych, dziesiyńć abo piyńćdziesiōnt, to je jedno. Bydymy tak samo wdziynczni za spiyranie naszego serwisu. Nawet nojmyńszŏ kwota pōmoże, a dyć przekŏzanie jij to ino chwila. Dziynkujymy.

Spōmōż Wachtyrza