Komfortowa rola ofiary

Pułkownik Janusz Przymanowski w swym epokowym dziele „Czterej pancerni i pies” nakreślił wzorcową sylwetkę Górnoślązaka. Dobroduszny, prostolinijny, trochę mało inteligentny ale przecież niegłupi. Oczywiście w żaden sposób nie nadaje się na dowódcę czołgu czy chociażby telegrafistę, to zrozumiałe. Ale już jako ładowniczy jak najbardziej. W końcu jest niesłychanie silny, jak to Górnoślązak.

Ta siła pomogła mu w ucieczce z Wehrmachtu. Już tam był czołgistą (prawdopodobnie tez ładowniczym?) i po obezwładnieniu (związaniu sznurem) swych kolegów z niemieckiej załogi pojechał Tygrysem do Sowietów…

Oczywiście głupie Szkopy jak zwykle nie zareagowały na akt dezercji sympatycznego Gustlika. Tak samo zresztą jak w przypadku tysięcy innych tego typu ucieczek (no może nie aż tak spektakularnych. I nie do Ruskich…). Można zadać sobie pytanie gdzie było osławione gestapo? Dlaczego nie złożyło natychmiast wizyty w ustrońskiej chacie rodziców Gustlika?

Na takie pytania polska narracja historyczna nie ma żadnej odpowiedzi. Zresztą nie musi jej mieć, bo nikt nie pyta! Służbę w Wehrmachcie przedstawia owa narracja jako mało znaczący epizod przed ucieczką. Niejako przystanek w drodze do Andersa czy innego Maczka. I tak też widzi tę sprawę współczesny polski obywatel. Także ten urodzony na Górnym Śląsku.

Dalszŏ tajla artykułu niżyj

Dezercja to najpoważniejsze przewinienie jakiego żołnierz może się dopuścić. Niemieckie powiedzonko w tamtych czasach brzmiało: „Żołnierz może umrzeć, dezerter musi…”. I faktycznie kilkadziesiąt tysięcy dezerterów rozstrzelano. Także armia amerykańska postawiła przed sąd około 21 tys. dezerterów. 40 z nich skazano na śmierć. W jednym przypadku (niejaki Eddie Slovik, syn polskich emigrantów) karę wykonano.

Dej pozōr tyż:  Zielony Śląsk wg Piotra Drzewieckiego

Do niewiarygodnej (acz prawdziwej) sytuacji doszło już po zakończeniu wojny, w jednym z obozów na terenie okupowanych Niemiec. Zarządzający obozem Kanadyjczycy na prośbę swych „podopiecznych” przyzwolili im na odbycie obozowego „sądu” nad pewnym dezerterem. Internowani Niemcy po krótkim przewodzie sądowym skazali nieszczęśnika na śmierć. Karę wykonano przez rozstrzelanie. Broń dostarczyli Kanadyjczycy.

No cóż, jak widać akty dezercji niezależnie od armii traktowano bardzo poważnie. W polskiej narracji cały problem zamyka się w krótkim stwierdzeniu: połowa wcielonych przymusowo do Wehrmachtu Górnoślązaków uciekła do polskiej armii. Przy czym ta „połowa” w cyfrach absolutnych to rożne, całkiem przypadkowe cyfry. Nikt nie jest w stanie określić prawdziwej liczby. Jedynie szacunki i to bardzo „grube”. Można być już zadowolonym , kiedy polski historyk przyzna, że największa liczba „ucieczek” miała miejsce w ostatnich miesiącach wojny. Przemawia za tym tzw. „zdrowy rozum”. Wojna była już dla Niemców przegrana. No i sam akt „ucieczki” sprowadzony był do masowego poddawania się.

Służba Górnoślązaków (a także Kaszubów, Mazurów itd.) w siłach zbrojnych III Rzeszy przez całe lata była w Polsce tematem tabu. Na szczęście dla bezpośrednio zainteresowanych „władza ludowa” nie miała żadnego interesu w sprawdzaniu i weryfikacji setek tysięcy byłych żołnierzy Wehrmachtu, w końcu polskich obywateli pochodzących z terenów wcielonych po 1939 roku do Rzeszy. Zdawano sobie sprawę z praktycznej niemożności pociągnięcia ich za to do odpowiedzialności (choć były takie zapędy). Nie było wszakże możliwości jednoznacznego wyłuskania jedynie  tych (prawdopodobnie wcale licznych) którzy zgłosili się do niemieckiego wojska na ochotnika. Tych z regularnego poboru zwykle nie nękano represjami, wychodząc z założenia że nie mieli oni możliwości uniknięcia przymusowej służby.   Wytoczono jedynie nieliczne procesy byłym członkom SS (jako organizacji zbrodniczej) i na tym poprzestano.

Dej pozōr tyż:  Zielony Śląsk wg Piotra Drzewieckiego

O ile służba w „siłach zbrojnych obcego państwa”  znalazła już (co prawda kulawe, sprowadzone do przysłowiowego już „dziadka”) odzwierciedlenie w oficjalnej narracji, to pozostało kilka bardzo niewygodnych tematów. Tych nie dotyka prawie żaden z polskich historyków. Jednym z nich są „ucieczki” w drugą stronę.

Na początku września 1939 wielu Górnoślązaków (i nie tylko) zdezerterowało do armii niemieckiej. Konkretnej, rzetelnej  liczby nie sposób podać. W pracach polskich historyków (tych najodważniejszych z odważnych) pojawiają się mgliste wzmianki na ten temat. Cytowany już przeze mnie prof. Bębnik przytacza sytuację z mikołowskiego ratusza, kiedy to ok. 50 mikołowian w polskich mundurach powitało gen. Ferdinanda Neulinga „niemieckim pozdrowieniem”. Pojawiają się relacje z linii frontu, kiedy to całe drużyny pod dowództwem kaprali poddawały się i przechodziły na niemiecka stronę.

Drugim tematem tabu są górnośląscy ochotnicy w szeregach Wehrmachtu. Wiadomo że byli, nie wiadomo jednak ilu. Jest zrozumiałym, że sami zainteresowani dla własnego bezpieczeństwa woleli nie wypowiadać się na ten temat. W tym przypadku bowiem, w przeciwieństwie do przymusowego zaciągu, istnieją narzędzia prawne pozwalające na wyciągniecie konsekwencji. I to nie tylko w („ludowej” wtedy) Polsce ale właściwie w każdym, nawet demokratycznym państwie. Choć oczywiście podstawy to jedno, praktyka drugie. W momencie rozpoczęcia „operacji Barbarossa” wiele tysięcy ochotników z całej Europy przywdziało niemieckie mundury. W tym kilkadziesiąt tysięcy mundury Waffen SS.

No właśnie, tu pojawia się następny temat tabu, a mianowicie obecność Górnoślązaków w szeregach SS. Prof. Lasik, chyba jedyny polski historyk prowadzący badania w tym zakresie, podaje konkretne liczby dotyczące załogi KL Auschwitz. Okazuje się, że w jej szeregach służyli Volksdeutsche legitymujący się przedwojennym obywatelstwem  11 europejskich państw. W roku 1943 było to ponad tysiąc osób! Około połowy stanowili mieszkańcy tzw. Wschodniego Górnego Śląska. Górnoślązacy z terenów dzisiejszego województwa opolskiego jako tzw. Reichsdeutsche to jeszcze osobna kategoria. Do tego dochodzą ci z mieszkańców naszego regionu, którzy mieli nieszczęście w oddziałach Wehrmachtu służyć jako tzw. służba pomocnicza KL Auschwitz, czyli po prostu pilnować wielokilometrowego ogrodzenia obozu.

Dej pozōr tyż:  Zielony Śląsk wg Piotra Drzewieckiego

Na koniec pozwolę sobie na osobistą refleksję. Dobrych parę lat temu całkiem przypadkowo spotkałem się z zapisami fonicznymi tzw. Frankfurckich Procesów Oświęcimskich. Ze zgrozą odkryłem tak znany mi górnośląski akcent w wypowiedziach wielu byłych SS-manów. Jako wychowanek polskiej szkoły wiedziałem przecież jakie miejsce w obozowej rzeczywistości hitlerowska administracja przewidziała dla obywateli przedwojennej Polski. Te wiele godzin zeznań moich ziomków przed frankfurckim sądem wyrwały mnie z komfortu roli wiecznej ofiary, wpojonego mi nie tylko przez moich polskich nauczycieli. Również przez całe otoczenie.

Jednak nic nie jest czarno białe. Raczej wygodne albo i nie. Dlatego nawet w styczniu myślę o tych niewygodnych, szarych barwach…

Społym budujymy nowo ślōnsko kultura. Je żeś z nami? Spōmōż Wachtyrza

Peter Wiescholek – większą część życia w rozdwojeniu: fizycznie od 35 lat poza hajmatym, mentalnie zaś w jego pruskim okresie…

Śledź autora:

5 kōmyntŏrzi ô „Komfortowa rola ofiary

  • 17 lutego 2023 ô 20:53
    Permalink

    Moi, już nie żyjący krewni mieszkali w rejencji/?/poznańskiej to służyli do końca lub dostali się do niewoli. Czasami różne mieli myśli, ale…..Nie wiele mówiono w domu o tym, dziś też, ale za wierność byli przyzwoicie, w moim odczuciu traktowani w dawnym RFN czy przez niemieckie władze, jeśli 3 zostało w Polsce. Za to w PL różnie w zależności od opcji traktowano kombatantów. I dlatego moi krewni, ci którzy nie uciekli, zdezerterowali są moimi bohaterami, mimo,że takie postawy uważa się za głupie.

    Ôdpowiydz
  • 30 stycznia 2023 ô 09:13
    Permalink

    Mój dziadek poddał się we Włoszech pod koniec czerwca 1945. W zasadzie się zgłosił się z kolegami do jednego z obozów.
    Niemiecki urząd reprsji działał bardzo dobrze, podczas wojny,wielu Ślązaków obawiało się o losy swoich rodzin w razie dezercji. Mojej babki brat, każdorazowo na przepustce chciał zdezerterować, ale bliskość obozu Auschwitz i tego co tam się działo, skutecznie go do tego zniechęcała. Należy się pochylić nad tragicznym losem tych ludzi, którzy stali przed tragicznymi wyborami, z jednej strony ocalić siebie a przynieść śmierć swojej rodzinie. Niemcy swoje akta na temat swoich dezerterów prowadzili do lat 90. Gromadzili informacje z archiwów międzynarodowych, było to praktyczne, bo pozwalało odmawiać ewentualnych rent i dodatków osobom, które wcielono do armii polskiej na zachodzie. Każdy który trafił do niewoli alianckiej a został wcielony do armii na zachodzie automatycznie był pozbawiany jakiejkolwiek rekompensaty za przymusową służbę w niemieckim Wehrmachcie, bez względu czy wcielono go podczas wojny i brał udział w działaniach wojennych przeciwko Niemcom, czy wcielono go w 1946r. Niemcy się do nich nie przyznawali, a po powrocie do kraju byli napiętnowani, często musieli podejmować gorszą pracę na niższych stawkach. Tak było w mojej rodzinie.

    Ôdpowiydz
  • 29 stycznia 2023 ô 18:53
    Permalink

    Szanowny panie Aleksandrze,
    Przede wszystkim dziękuję za pozytywna reakcję na mój skromny tekst. W oparciu o wspomniane w tekście nagrania (Fritz Bauer Institut: Tonbandmitschnitt des 1. Frankfurter Auschwitz-Prozesses) napisałem kilka tekstów które ukazały się w polroczniku CzasyPismo.
    W numerze 1/2021 tekst o Klausie Dylewskim, SS-manie z Łazisk Średnich. Oraz w numerze 1/2022 dwa teksty: o oberkapo Jozefie Kralu z Podlesia oraz dwu mieszkańcach Królewskiej Huty a mianowicie SS-manie Oswaldzie Kaduku i starszym bloku kompanii karnej Emilu Bednarku.
    Mam również nadzieje ze w nst. numerze ukaże się jeszcze jeden tekst na ten dla nas wstydliwy i może dlatego całkowicie nieobecny temat…

    Ôdpowiydz
    • 30 stycznia 2023 ô 14:28
      Permalink

      Dezercja na stronę niemiecką na krótko przed wybuchem wojny musiała istotnie być problemem, skoro o takiem zjawisku wspomniał w swojej książce “Wieża spadochronowa” Kazimierz Gołba. A proniemieckich sympatii temu autorowi zarzucić nie można.
      Pamiętam jakie wrażenie wywarły na mnie usłyszane w 1987 roku wspomnienia mieszkanki Lublińca. Wspominała o dość licznych dezercjach z 74 pułku piechoty. Na niemiecką stronę bylo parę kilometrów przez las. Głównym powodem było traktowanie żołnierzy przez polskich podoficerów. A wspominała to kobieta, która przez całą wojnę przechowywała w domu powstańczy mundur swojego męża.

      Ôdpowiydz

Ôstŏw ôdpowiydź

Twoja adresa email niy bydzie ôpublikowanŏ. Wymŏgane pola sōm ôznŏczōne *

Jakeście sam sōm, to mōmy małõ prośbã. Budujymy plac, co mŏ reszpekt do Ślōnska, naszyj mŏwy i naszyj kultury. Chcymy nim prōmować to niymaterialne bogajstwo nŏs i naszyj ziymie, ale to biere czas i siyły.

Mōgliby my zawrzić artykuły i dŏwać płatny dostymp, ale kultura powinna być darmowŏ do wszyjskich. Wierzymy w to, iże nasze wejzdrzynie może być tyż Waszym wejzdrzyniym i niy chcymy kŏzać Wōm za to płacić.

Ale mōgymy poprosić. Wachtyrz je za darmo, ale jak podobajōm Wōm sie nasze teksty, jak chcecie, żeby było ich wiyncyj i wiyncyj, to pōmyślcie ô finansowym spōmożyniu serwisu. Z Waszōm pōmocōm bydymy mōgli bez przikłŏd:

  • pisać wiyncyj tekstōw
  • ôbsztalować teksty u autorōw
  • rychtować relacyje ze zdarzyń w terynie
  • kupić profesjōnalny sprzynt do nagrowaniŏ wideo

Piyńć złotych, dziesiyńć abo piyńćdziesiōnt, to je jedno. Bydymy tak samo wdziynczni za spiyranie naszego serwisu. Nawet nojmyńszŏ kwota pōmoże, a dyć przekŏzanie jij to ino chwila. Dziynkujymy.

Spōmōż Wachtyrza