KulturaPolecane

Jagniątków – śląskie „genius loci”

Określenie „Genius loci” dla Rzymian oznaczało przestrzeń wytwarzającą specyficzną aurę, poniekąd święte, gdyż będące pod opieką bóstwa. Dziś oznacza ono niepowtarzalną atmosferę, specyficzny klimat oraz unikalną tożsamość danego miejsca (miasta, wioski, budynku, krajobrazu czy kawiarni), które odróżniają je od innych. Miejsc, posiadających swego „ducha” (genius), nie ma za wiele, chyba, że ktoś zdecyduje się na profanację, trywializację, tego starego i świętego niemal określenia.

Gdybyśmy rozpisali konkurs polegający na wskazaniu kraju, regionu na świecie, w którym występuje najwięcej miejsc, obiektów, zakątków krajobrazu pozostających pod opieką „ducha”, zwyciężyłby Śląsk. Jego pogmatwana, w większej części krwawa, historia, kazała dużej ilości „duchowych opiekunów” czynić to, do czego zostali stworzeni. I tak: każdy zamek, lub jego ruina, których tu były setki, miał (ma) jakąś zjawę, prawie każdy pałac, których tu było tysiące, skrywał jakąś mroczną tajemnicę, o których teraz wychodzą książki. Niezliczona ilość miejsc służyło jako pola bitew, które tu przez wieki się rozgrywały. Są tu też miejsca (jakich nie ma w innych rejonach Polski), naznaczone krzyżami pokutnymi – świadectwami jednostkowych tragedii.

Nie przedłużając wstępu, chciałbym, na przykładach, wskazać kilka takich miejsc na mapie Śląska, w których genius loci objawiał się wyjątkowo silnie.

Na początek wybrałem Jagniątków.

Dalszŏ tajla artykułu niżyj

Miejsce to, położone przepięknie, z widokiem na Śnieżne Kotły, mieści w sobie tyle odniesień do naszej historii i tożsamości, że trudno wybrać najważniejsze.

Zacznijmy od nazwy tej dziś dzielnicy Jeleniej Góry. Onomastyka – nauka o nazwach miejscowych, to poważna dziedzina wiedzy i żarty z niej mogą robić tylko ludzie tej wiedzy pozbawieni. Nazwa każdej miejscowości zawiera w sobie i początki jej istnienia i losy pokoleń ludzi w niej mieszkających. Jest więc nieomal świętością. Opisywana miejscowość nazywała się do 1945 roku Agnetendorf – ku czci Agnieszki, żony właściciela okolicznych ziem hrabiego Krzysztofa Schaffgotscha, która prześladowanym czeskim protestantom pozwoliła osiedlić się tutaj w XVII wieku. Szanowna komisja nazewnicza uznała w 1945 roku, że Jagniątków będzie brzmiało bardziej uroczo i słowiańsko.

Poczujmy, co szepcze ta piękna willa – zamek: Zasłynęła ona szeroko z serdecznej atmosfery spotkań, przeciągających się do późnej nocy. Bywali tu: pisarze, malarze, aktorzy, ludzie teatru, wydawcy. Poczet najciekawszych ludzi, którzy przewinęli się przez willę w Jagniątkowie, obejrzeć można na miejscu. Ja wspomnę tu tylko o najsławniejszych, głośnych już wtedy w Europie. Rainer Maria Rilke odwiedził Jagniątków w 1906 roku, po drodze z pogrzebu ojca w Pradze. Był tam ze swą żoną, Klarą – rzeźbiarką, która zaczęła tam modelować rzeźbę głowy przyszłego noblisty. W 1907 roku odwiedził Hauptmannów może nie największy, czy najsławniejszy, lecz na pewno najpoczytniejszy, niemiecki pisarz – Karl May. Jego powieści o Winnetou i Old Shatterhandzie wyszły już w olbrzymich nakładach i zapewniły mu miejsce poczesne w sercach (szczególnie młodych) czytelników. Małżeństwo Mayów przebywało wtedy na kilkutygodniowym, udanym wypoczynku w Szczawnie Zdroju – w którym to – w rodzinie dyrektora domu zdrojowego, urodzili się Carl i Gerhart Hauptmannowie.

Dzięki pułkownikowi sowieckiemu, wielbicielowi twórczości Gerharta Hauptmanna (Lenin też czytał „Tkaczy”) i profesorowi Lorentzowi, który wręczył nobliście list żelazny, willa i jej wyposażenie uniknęła i ataków sowieckich i polskich „wyzwolicieli”, i ostrzących sobie na nią pazury – szabrowników. Dziś mieści się w niej Muzeum Gerharta Hauptmanna, oferujące mnóstwo atrakcji – z niezmienionym wnętrzem i oryginalnymi meblami i sprzętami, na czele. Wspaniałe wnętrza okazałej willi przywołują na pamięć dwa nazwiska przyjaciół Gerharta. Nazwiska prawie, że zapomniane, a należące do ludzi, którym kultura śląska zawdzięcza kolosalnie wiele. Pierwszym był Max Pinkus. Urodzonemu w żydowskiej rodzinie w Prudniku, pojawiła się perspektywa prowadzenia wielkiej fabryki lnu i adamaszku założonej przez rodzinę jego żony. By się do tego przygotować, uczęszczał do szkoły w Lyonie, a potem odbył praktyki w Anglii i w Stanach Zjednoczonych. Tak przygotowany, stworzył jedną z największych, najnowocześniejszych fabryk tekstylnych nie tylko w Europie, lecz nawet na świecie. (Dla ciekawości: jego młodsza siostra wyszła w synagodze w Prudniku za mąż za przyszłego noblistę – Paula Ehrlicha, który w 1908 roku otrzymał tę najwyższą nagrodę za badania z dziedziny immunologii).

Miał on jednak duszę artysty, wrażliwą i zakochaną w Śląsku. Jego ideą było stworzenie Biblioteki Śląskiej. Zaczął zbierać publikacje dotyczące Śląska ze wszystkich dziedzin: historii, prawodawstwa, ludoznawstwa, literatury pięknej, przyrody, religii. Powstała jedna z największych na świecie bibliotek tematycznych. Dzieliła się na dwie części: w pierwszej znajdowały się dzieła dotyczące historii i kultury Śląska, w tym wiele dokumentów historycznych, rękopisów, kronik, monografii, czasopism, zbiory geograficzne i biologiczne. W drugiej części zgromadzone zostały pierwsze wydania lub rękopisy śląskiej literatury pięknej, m.in. Jacoba Böhme, Angelusa Silesiusa, Martina Opitza, Josepha von Eichendorffa i współczesnych przyjaciół: Hermanna Stehra (opisał on budynek biblioteki w noweli „Lutnik”) i Gerharta Hauptmanna.

Dział dotyczący twórczości Gerharta Hauptmanna, należał do najbardziej znanych, oprócz wszystkich dzieł poety zawierał wydania zbiorowe z autografami autora, druki młodzieńcze, listy, autografy, artykuły prasowe o nim i autorstwa samego noblisty. Biblioteka Śląska – dzieło wyłącznie jednego człowieka, co jest światowym ewenementem, licząca ponad 25.000 pozycji, szybko stała się miejscem odwiedzanym nie tylko przez zwykłych czytelników, lecz przede wszystkim przez studentów, badaczy z całego świata. Podstawowe bibliografie dotyczące twórczości Gerharta Hauptmanna (wydane zresztą za pieniądze Pinkusa), powstały w Prudniku.

Przyjaźń Pinkusa z Hauptmannem była bardzo serdeczna, długa i zażywna. Spotykali się kilka razy w roku. W Jagniątkowie, na bałtyckiej wyspie Hiddensee, gdzie Hauptmann także miał chatę, w Prudniku, lub w Rapallo – uzdrowisku włoskim. Widzieli się także podczas premiery każdej ze sztuk Hauptmanna. Ostatnie spotkanie – nad grobem już Pinkusa, odbyło się w Prudniku w 1934 roku. Max Pinkus, zestresowany zwiększającym się i przybierającym coraz to brutalniejsze formy, antysemityzmem, zszedł z tego świata. Pogrzeb odbył się w najściślejszym, rodzinnym gronie (takie było zalecenie nazistowskich władz), bez udziału władz urzędowych (którym Pinkus przekazał na cele społeczne miliony marek). Jedynymi osobami z zewnątrz i spoza rodziny byli Margaretha i Gerhart Hauptmannowie. Biblioteka Śląska, wielkie dzieło jednego człowieka, przeszła w ręce syna Maxa. Zdołał on jeszcze w 1936 roku sprzedać część zbiorów Górnośląskiej Bibliotece Krajowej w Bytomiu. Pozostała część – po wyjeździe z Niemiec rodziny w obliczu zagłady, rozdzielona została po bibliotekach w Opolu, Raciborzu i Wrocławiu. Podczas działań wojennych znaczna część cennych egzemplarzy zaginęła. Chciałem już napisać: bezpowrotnie, lecz okazało się, ze w 2023 roku Prudnik odwiedził jeden z potomków Maxa, który stwierdził, że posiada kilkanaście książek pochodzących z tej biblioteki (oznaczonych literą „P”). Z uwagi na fakt, że Pinkusowie mieszkają dziś w dużej liczbie na pięciu kontynentach, a sława ich przodków sięga dziś coraz dalej, można się spodziewać dalszych tego typu niespodzianek. Ostatnio – nie tylko w Prudniku, wiele mówi się o Maksie Pinkusie i jego ojcu – Josefie. Umieszczam, na dowód tego plakat z konferencji.

Pinkus dał Gerhartowi jeszcze jeden dowód przyjaźni. Na jego 60. urodziny (w 1922 roku) sfinansował on (przy pomocy jeszcze jednego zaprzyjaźnionego przedsiębiorcy – Maxa Hamburgera) ozdobienie freskami pomieszczeń willi w Jagniątkowie. Owa willa: „Wiesenstein” (Łąkowy Kamień), którą noblista nazywał „swoją twierdzą”, to najważniejszy punkt omawianego miejsca , swoiste miejsce mocy. To tu Gerhart Hauptmann wraz z żoną Margarete mieszkał w latach 1901 – 1946. Kto chce więcej wiedzieć o tym magicznym miejscu niech sięgnie po książkę profesora Krzysztofa Kuczyńskiego, wybitnego germanisty, badacza literatury śląskiej: „Wiesenstein. Tajemnice willi Geharda Hauptmanna”, która miała swoją premierę 16 listopada 2024 roku w Muzeum Miejskim „Dom Gerharta Hauptmanna” w Jeleniej Górze-Jagniątkowie.

Najokazalsze freski ozdobiły hol posiadłości. Przedstawiały one sceny z utworów pisarza, biblijne. Z uwagi na oszałamiające polichromie związane z pobytem naszych prarodziców w raju, hol został nazwany „Rajską Halą”. Gospodarz nie miał kłopotów z wyborem wykonawcy. Był nim sudecki malarz Johannes Maxymilian Avenarius. Z nazwiskiem tym spotkali się bracia Hauptmannowie już w wieku młodzieńczym. Ich nauczycielem był brat ojca przyszłego malarza – znany filozof ze Szwajcarii. Samego zaś ekspresjonistę zwanego w skrócie Johma, pochodzącego z Gryfowa Śląskiego, a mieszkającego też w Unisławiu koło Sokołowska, poznał Gerhart już w 1907 roku, gdy zamieszkał w Sokołowsku. Pięknie odremontowana chata przysłupowa Hauptmanna stoi dziś przy drodze do schroniska Andrzejówka. Gerhart i Johma spotykali się często. W willi Hauptmanna miał Avenarius okazję do wykonania portretów wybitnych Ślązaków. W 1913 roku, w ramach Wystawy Stulecia zaprezentował galerię około 30 portretów znanych Ślązaków. Obrazy te zaginęły podczas oblężenia Wrocławia w 1945 roku. Był wziętym malarzem. Do tego stopnia, że otrzymał propozycję pracy na stanowisku wykładowcy na Uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku. Musiał z niej zrezygnować ze względu na wybuch I wojny światowej. Ciężko na niej ranny, długo nie mógł odnaleźć siebie i godziwego zarobku. Zlecenie z Jagniątkowa (malował tam ponad 8 miesięcy) od zleceniodawców zaprzyjaźnionych i nie liczących się z kosztami, ustawiło go do końca życia. Był bardzo związany ze Śląskiem. Tereny, w których mieszkał, wraz z magicznymi miejscowościami Unisław i Sokołowsko, tak się złożyło, że opisane zostały ostatnio przez dwie pisarki, których sława wykracza daleko poza Dolny Śląsk: Olga Tokarczuk napisała powieść o Sokołowsku, Joanna Bator o Unisławiu. Pod koniec życia coraz częściej odkłada pędzel i sięga po pióro. Swoją powieść i opowiadania pisze w dialekcie śląskim. Jego grób znajduje się w Görlitz, obok Jakuba Böhme.

Najczęściej pojawiającym się gościem w Jagniątkowie był też Will – Erich Peuckert. Był już wtedy studentem, a potem wykładowcą na Uniwersytecie Wrocławskim, którego został jednym z najmłodszych profesorów. Powszechnie był już uznany za jednego z najwybitniejszych badaczy europejskich tradycji ludoznawczych, a szczególnie baśni i legend. Jego artykuły i publikacje dotyczące obrzędów ludowych, rytuałów czarnoksięskich i sabatów czarownic, kultów i wiedzy tajemnej, cytowane były często na całym świecie. Jego ciepły stosunek do kultury i obrzędów żydowskich, zwrócił na niego uwagę władz nazistowskich. Od 1935 roku przestał być wykładowcą na uniwersytecie. Osiadł w wiosce dziś zwanej Leszczyna w Krainie Wygasłych Wulkanów i nieprawomyślnych myślicieli i mistyków i w dwójnasób pogrążył się w pracy twórczej. W 1936 roku napisał dzieło „Pansophie”, które poświęcił naukom tajemnym. Ta wyjątkowa praca, była rozwinięciem wcześniejszego studium – „O czarnej i białej magii”. W kolejnych latach powstały monografie braci Grimm, Angelusa Silesiusa, Paracelsusa, Mikołaja Kopernika. W tych latach zewnętrznego zniewolenia i wewnętrznej wolności autora, powstają też powieści i liczne nowele, których akcja rozgrywa się na Śląsku. W 1940 roku W.-E. Peuckert wydał najbardziej popularną ze swoich książek „Schwarzer Adler unterem Silbermond – Biographie Schlesiens” – „Czarny orzeł pod srebrnym księżycem – Biografia Śląska”. Dokonał w niej opisu Śląska, pełnego odniesień do przeszłości, anegdot i opowieści. Dla osób lubujących się w magii, czającej się w każdym zakątku Śląska, to prawie biblia i aż dziw i złość człowieka bierze, że jeszcze ją na polski nie przetłumaczono!

Peuckert oczywiście dzielił się radością płynącą z ukończenia pracy nad kolejnym tematem z przyjaciółmi. W ostatnich latach wojny nawiązał bliższy kontakt z Gerhartem Pohlem. Pisarz ten kupił w Wilczej Porębie (będącej dziś częścią Karpacza) dom, w którym schronienie znaleźli i oczekiwali na przerzut na południe, artyści i intelektualiści prześladowani przez reżim. Częstym gościem był tam właśnie Will – Erich. W ostatnich miesiącach wojny i życia Gerharta Hauptmanna, Gerhart Pohl był jego sekretarzem, opiekunem – jak sam mówił: „giermkiem”. Okres ten opisał w słynnej książce „Bin ich noch in meinem Haus” (Czy jestem jeszcze w swoim domu). Książka ta miała mnóstwo wznowień. Jej tytuł to także ostatnie słowa wypowiedziane przez noblistę. Will – Erich Peuckert był wtedy też w willi obecny. Gerhart Pohl poznał go wtedy dogłębnie i scharakteryzował krótko: „… kawał śląskiego huncwota silnie zakorzenionego w ojczystej ziemi, otoczonego zapachem legend, bajek i powiastek. Patrząc na niego można było doprawdy uwierzyć w pojawienie się nowego, przebiegłego wcielenia karkonoskiego Ducha Gór”.

Will – Erich Peuckert nie miał takich „chodów” u nowych władz, co sławny noblista. Swą ukochaną ziemię musiał opuścić pozostawiając wszystko: dom, meble, lecz przede wszystkim piętnaście tysięcy książek i manuskryptów, które prawdopodobnie skończyły w piecu nowego lokatora.

Oprócz wielkich ludzi (genius), odwiedzających to miejsce, przed naszą wyobraźnią staje osoba głównego lokatora, noblisty i jego dzieła „Tkacze”, za którą tę najwyższą nagrodę literacką otrzymał. Dzieło to, wydane w 50 lat po serii strajków i buntów tkaczy śląskich unieśmiertelniło i te wydarzenia, i osobę jego twórcy. Nawet marszałek Żukow zagwarantował nobliście – „piewcy bohaterskiej klasy robotniczej” nietykalność i prawo przebywania na rodzinnej ziemi do końca swego życia (skądinąd bardzo krótko). Sztuka ta, grywana przy wypełnionej do ostatniego miejsca widowni, głównie w teatrach prowincjonalnych i w dzielnicach robotniczych miast (dla warstw rządzących i dla elit była zbyt obrazobórcza i niezrozumiała, z uwagi na użycie dialektu śląskiego z okolic Bielawy), nie miała sobie równych w ukazaniu konfliktu klas i doli ludzi wyzyskiwanych. Hauptmann pisał tę sztukę nie tylko chcąc wyrazić współczucie nad losem zrozpaczonych tkaczy. Chciał także podkreślić, jak ważne dla historii Śląska było tkactwo, płóciennictwo. Dedykując „Tkaczy” swemu ojcu – dyrektorowi sanatorium w Szczawnie Zdroju wspominał, że ojciec opowiadał mu o swym ojcu, dziadku Gerharta, który był, jak kilka pokoleń jego poprzedników, zwykłym tkaczem – chałupnikiem.

Ponad 130 lat później sztuka ta niespodziewanie znów znalazła się w centrum uwagi (nie tak powszechnej jak wiek wcześniej, niemniej stała się głośnym wydarzeniem), znów stała się wyrazem buntu i narzędziem walki z niesprawiedliwością. Mowa tu o prapremierze „Tkoczy” w lutym 2026 roku w Teatrze Śląskim. Tytuł dramatu Gerharta Hauptmanna zmienioną ma literkę, gdyż parę miesięcy wcześniej sztuka nagrodzona Noblem została przetłumaczona przez Mirosława Syniawę. Co prawda na język polski przełożono już ją dwa razy – ostatnio, w latach pięćdziesiątych XX wieku przez Wilhelma Szewczyka, lecz tłumaczenia te nie oddawały tego, o co chodziło Hauptmanowi. Użył on w „Tkaczach” dwóch języków: niemieckiego literackiego (wkładając go w usta kupców i fabrykantów), oraz dialektu śląskiego, użytego przez przedstawicieli tkaczy. Ten artystyczny zabieg (za co głównie otrzymał najwyższe literackie wyróżnienie) niesamowicie podkreślało rozwarstwienie społeczne, zwiększyło dystans pomiędzy postaciami sztuki, zbudowało dramatyczne napięcie. Mirosław Syniawa kazał fabrykantom i ich przedstawicielom mówić po polsku, tkaczom zaś po śląsku. Wybitna reżyserka Maja Kleczewska postanowiła „Tkoczy” wystawić na scenie w Katowicach. Po dodaniu kilku monologów napisanych przez Zdzisława Rokitę, powstał spektakl, który z pewnością zapisze się w dziejach śląskiego teatru. W przedstawieniu, za słowami, pełnymi goryczy i wyrzutu tkaczy śląskich, kryje się sprzeciw Ślązaków wobec trwającego dziesięciolecia ignorowania ich słusznych żądań. W osobie Zwanzigera widzimy postać prezydenta kraju, który za każdym razem sprzeciwia się słusznym żądaniom.

Społym budujymy nowo ślōnsko kultura. Je żeś z nami? Spōmōż Wachtyrza

Jan Hahn

Jan Hahn – Autor wydawnictw związanych z historią i kulturą Śląska: „Ilustrowana historia Śląska w zarysie”, „Lux ex Silesia”, „Śląsk w Europie” i "Śląsk magiczny". Pisze artykuły do prasy lokalnej („Gwarek”, „Montes Tarnoviciensis”) i regionalnej („Nowiny Rybnickie”). Z wykształcenia filolog słowiański (serbskochorwacki na UJ). Tłumacz z tego języka.

Ôstŏw ôdpowiydź