Kultura

Stefan Pioskowik: Opowieść laurahucka

Niewtore przysłowia są mądrością pokoleniową, abo ino próbą pocieszania boroków, wtorym coś nie wychodzi. Jostont jest w tym roku tego dobitnym przykładem, bo kimś abo czymś trza egzemplifikacja zilustrować.

Znaczy się, Jostont nie może się uskarżać, bo jaby tak godoł, to by zgrzyszył, choć według babki ze strony łojca, ta rodzina nie grzeszyła, ale Jostontowi retrospektywnie zawsze wydawało się, że teza ta miała się nijak do znanej mu aż za dobrze rzeczywistości.

Już na początku roku Jostont przeżył – dosłownie i w przenośni – coś, co mōgł nie przeżyć. Ale pozostając przy tych mądrościach, co mo wisieć, to się nie utopi. Może funkcjonuje to tysz na łopach. Nie wie, próbować nie bydzie.

Przy kolendzie Jostont dostoł łobrozek z Aniołem Stróżem i modlitwą do niego na drugiej zajcie. Zanim wsadził go do zbioru podobnych łobrozków, przeczytoł sobie ta modlitwa. Jostont rzyko do Anioła Stróża codziennie z rana, ale to było tak na dodatek na wieczór.

Dalszŏ tajla artykułu niżyj

Następny dzień to była sobota. Jostont zrobił trocha ordnungu na powierzchniach płaskich, zjodł swój ulubiony łobiod, do wtorego się już przyzwyczaił, ale jeszcze żyje, co powoduje, że rozważa wydanie poradnika kuchennego, dla niechcących dożyć swoich setnych urodzin.

Potem stanął wobec alternatywy – schlafen oder tausend Schritte machen. Wybroł to drugie, choć niy mo na ręce takigo dingsu, co to pokazuje wela tych kroków już zrobił, a żeby iść i rachować, to niy mo taki podzielności uwagi.

Swoje kroki skierował jak zawsze w kierunku trójkątnego wzgórza za miejscowym miejscem wiecznego odpoczynku. Prawie już opuszczał zidlung, celem osiągnięcia bocznej furty, żeby dalej iść na kwer, gdy pomimo tego, że nie liczył tych kroków, nie rozglądał się po okolicy – nagle wylądował na zmarzniętym śniegu na odcinku lędźwiowym i potylicy.

Przy czymś takim – to tak jak Newton pod jabłonką – dają się zrozumieć prawa fizyki. W tym przypadku było to prawo odrzutu, gdyż Jostontowi wydawało się, że szczęka wyleci mu przodem. Ale nie wytrzymał tylko jeden ząb.

Jak Jostont już stwierdził, iż nie ma potrzeby przetransportowania go do znanej i blisko położonej miejscowej firmy G. to zaczął poruszać swoimi członkami, aby sprawdzić, czy one właściwie funkcjonują i nie zachodzi konieczność ich pobytu na połączonym oddziale ortopedyczno-neurologicznym.

Nie zachodziła. Jostonst wstał, zszokowany oklepał się ze śniegu i przypomniała mu się wczorajsza kolęda, obrazek z Aniołem Stróżem i modlitwa. Miało być, że się miał wywalić, ale że sam wstał w jednym kawałku – to cud boski.

Według przysłowia da się to też wytłumaczyć tym, że miał więcej szczęścia niż rozumu, co jak się tak zastanowić, nie jest pozbawione podstaw, gdyż niekiedy bez ciągłego używania tych dwóch półkul jest się tak po prostu szczęśliwym.

Ale godo się tysz, rozumie pōć ku mie. Abo do trzech razy sztuka. U Jostonta akurat obie mądrości trza by było przywołać, jak mioł zbożny zamiar zainteresowania się bliżej współczesną tematyką górnośląską w obszarze filmu i literatury.

Pierwszy roz Jostont wyczytoł w Internecie, co to w Bibliotece Śląskiej bydzie tref z reżyserem, wtory nakręcił film inspirowany materią książkową. Jostont filmu nie widzioł, czytoł ino o nim tu i tam i suchoł co ludzie godajom.

A że godali rozmotajcie, to Jostont chcioł wiedzieć, co może powiedzą reżyserowi, abo się go o to i owo zapytają, a filmowiec łodpowie łonym czamu to tak trza było filmowo zrobić – i czy łoni to zrozumiom.

Idzie się więc Jostont do Biblioteki, patrzy, przed nim ludzie wchodzą – ale ich wychodzą i cosik godajom. Zafucany Jostont wszedł po schodach do środka – a tu buła ludzi, czego się szło spodziewać, ale z tą ciżbą było coś niy richtig.

Jostont podszedł do Informatorium i pyta się tamtejsze panie, co się tu robi? A one na to, że się właśnie nic takiego się nie dzieje, reżyser zachorował tylko w trybie nagłym i spotkanie jest odwołane, stosowne informacje w necie.

Jostont skonstatował, tak to jest jak się jest bez smartfona i ma się informacje z dnia wczorajszego. Nie było żodnym pocieszeniem, że ci smartfonowi tysz przyszli – sztrofa na małą częstotliwość pieszczenia palcem i wzrokiem displeja.

Ale pora dni później miało być na Szopienicach spotkanie z pisarzem, wtory ta inspirująco książka napisoł i wydoł już tysz pora lot temu. Tu akurat Jostont był lepiej przygotowany, bo ją przeczytoł, choć ciężko było, bo wszędzie była wypożyczono.

Książka jest zasadniczo o przeżyciach 12 – latka w konkretnym miejscu i czasie, ale takie a nie inne sfilmowanie jej spowodowało, że zainteresowanie było tak wielkie, że spotkanie zostało przeniesione z biblioteki do większej sali domu kultury.

Jostont utrwalił sobie w głowie datę eventu, ale nauczony doświadczeniem ze Śląskiej, zadzwonił rano, aby się upewnić, czy pisarz przypadkiem też nie zachorował.

W słuchawce usłyszał, że pisarz ma się całkiem dobrze, takie przynajmniej robił wrażenie wczoraj podczas spotkania z prawie setką osób. Jak to wczoraj? – wyrwało się Jostontowi. No wczoraj, odpowiedział głos w słuchawce. Jostont tylko ciężko westchnął, zmełł coś w ustach i postanowił zapisywać sobie takie rzeczy od zaraz w kalendarzu. Może jednak potylica coś odczuwa….

Trzeciej okazji ukulturalnienia się nie chcioł już za nic przepasować. Skuli tego, jak dotarła do niego informacja o spacerze historycznym śladami Karla Richtera w Siemianowicach Śląskich, to zaroz zrobił hyc do dwóch kalendorzy i wężykiem – bo sicher ist sicher

Jak już w tamtym tydniu przyszoł tyn dzień, to najpierw pojechoł na Szopienice, czy tam wszystko w porządku, jak się przekonoł, że ja, to uspokojony zajechoł 72 do Siemianowic.

A z tymi Siemianowicami to tak jak z Szopienicami i Roździeniem – trzeba wiedzieć, kaj co kiedy było. To i inne rzeczy zaczął nom erklerować pod byłym budynkiem willi Richtera, nasz przewodnik dr Bolesław B. Dùllek, wtory w formie artykułu przedstawił Karla Richtera w najnowszym Siemianowickim Roczniku Muzealnym, dostępnym jako PDF pod adresem: https://muzeum.siemianowice.pl/portfolio/siemianowicki-rocznik-muzealny-nr-23/

Karl Richter – w skrócie – był menedżerem, który stworzył podwaliny potęgi Zjednoczonych Hut Królewska i Laura, zwanych w żargonie giełdowym „Königslaura”, czyli mówiąc bardziej obrazowo również Królewskiej Huty, czyli Chorzowa, oraz Laurahuty, która kiedyś była samodzielną gminą i posiadała oczywiście swój ratusz – obok którego też zrobiliśmy przystanek i który obecnie jest restaurowany.

Richter był tak całkowicie oddany pracy, do tego stopnia harowoł dniani i nocami , że jak w wieku 56 lot ten pracoholik łożenił się z dziołchą modszą łod niego o 28 lot (ja, czy jak wto chce – sic!) to małżeństwo pozostało bezdzietne. Unmöglich aber wahr.

Jeden ze slajdów – fot. S. Pioskowik

Tego to akurat Jostont nie umioł richtig spokopić. Jostont bardzo lubi inaczej jak wtoś do niego godoł i godo – jo w twoim wieku to… ale musi przyznać, że som się pomyśłoł, że łon w tym wieku Richtera, jaby los zesłał mu tako połowica, to w ramach Work – Life – Balance poświęcałby lubej zdecydowanie więcej uwagi.

Jostost szedł w licznej grupie uczestników spaceru – wśród których znajdowali się również prawdziwe spece od siemianowickiej historii lokalnej – i chłonął przekazywane informacje, uwagi i dopowiedzenia oboma uszami pod czapką z bąbelkiem, bo Jostont jest ciepłolubny, a było tak kwietniowo – plecieniowo.

Jostonta szczególnie zainteresowała informacja, iż mistrz Richtera z lat jego terminowania w najstarszej hucie żelaza na Górnym Śląsku w Ozimku, jej dyrektor Friedrich Ludwig Wachler, ukuł w połowie XIX wieku pojęcie Górnośląski Okręg Hutniczy (Oberschlesischer Hüttenbezirk).

Obejmował on powstający krajobraz przemysłowo – urbanistyczny, który w późniejszych czasach funkcjonował pod terytorialnie pojemniejszą nazwą Górnośląski Okręg Przemysłowy (GOP), a obecnie jako Górnośląsko – Zagłębiowska Metropolia, w której nazwie elementu industrialnego ze względu na transformację gospodarczą regionu już nie znajdziemy. A Jostont dalej werbuje za Zagłębiem Rawy, dającym się fajnie przetłumaczyć na Rawagebiet albo Rawa Area.

Po przemaszerowaniu przez pół Siemianowic, grupa historycznych spacerowiczów – niewtorzy aż z Gliwic – zbliżała się pomału byłą ulicą Karla Richtera – kiedyś był w zocy – do gościnnych progów Filii Nr 5 Siemianowickiej Miejskiej Biblioteki Publicznej.

Wszyscy przekroczyli te progi i zaczęli się pomieszczać na krzesłach przy stole z seltrami, kafyj- i tyjkanami oraz kyksami. Ale było nos tyla, że trza było dostawiać wszystko na czym szło się siednąć, ale Jostont i pora innych podpierało gościnne regały, choć i jemu – tak jak to często doświadcza od młodych w autobusach – zostoł zaoferowany sitzplac z uwagi na siwe włosy. Jednym słowem było idiomatycznie gemütlich.

Prelegent mógł przejść do przestawienia nam dodatkowych informacji o Karlu Richterze, posiłkując się przy tym slajdami Power Pointa rzucanymi na ustawiony ekran. Był to ostatni akord naszej wciągającej ekskursji śladami Karla Richtera. A ten tekst to pokłosie.

dr Stefan Pioskowik – socjolog, politolog, autor szkicōw ô geszichcie Gōrnego Ślōsnka, wierszy a humoresek. Narodzōny w roku 1962 w Katowicach-Janowie, miyszkŏ we Mysłowicach.

Społym budujymy nowo ślōnsko kultura. Je żeś z nami? Spōmōż Wachtyrza

Ôstŏw ôdpowiydź