Z domowej apteczki
Profesor Ewald Mokrski‑Strahl nabawił się kataru podczas letnich upałów, co było wydarzeniem równie sensownym jak śnieg w sierpniu, ale jak fama niosła, dla niego nie było rzeczy niemożliwych. Ryma uczyniła go jeszcze bardziej zmierzłym niż zwykle, a to osiągnięcie, które w Instytucie uchodziło teoretycznie za niewykonalne nawet w warunkach laboratoryjnych.
Siedział więc w gabinecie, pociągał nosem jak rozstrojony akordeon i mruczał pod tymże rzeczy, których nie wypada cytować w obecności osób o delikatniejszej konstrukcji psychicznej.
Doktor Wichta Sandmann, jego niezastąpiona asystentka naukowa – i nie tylko – krążyła wokół niego z troską, ale też z pewną dozą rozbawienia. Próbowała na nim wszystkiego: naparu z lipy, inhalacji z rumianku, syropu z cebuli, a nawet własnoręcznie przygotowanego „eliksiru na męską odporność”, którego skład znała tylko ona i jej oma.
Nic nie działało.
Wichta westchnęła, po czym usiadła naprzeciw profesora i przyjrzała mu się uważnie.
— Ewaldzie… — zaczęła tonem, który brzmiał jakby mówiła o sprawach wyższej wagi. — Wiesz, czasem organizm potrzebuje nie tyle leczenia, co… bodźca.
Profesor spojrzał na nią podejrzliwie.
— Jakiego znowu bodźca?
— Och, różne są metody. Jedni idą z kimś na spacer. Inni szukają inspiracji w Internecie- teraz to modne. A niektórzy… — tu zawiesiła głos — korzystają z fachowej pomocy osób, które mają wyjątkowy dar poprawiania samopoczucia.
— Mówisz o tych z kabaretu czy z cyrku? — wykrztusił z siebie Ewald, trąbiąc jednocześnie niemiłosiernie do następnej papierowej chusteczki.
— Nie. Raczej o kimś, kto… potrafi człowieka postawić na nogi samą swoją obecnością. — Chyba nie znam nikogo takiego — mruknął profesor. – Ty jesteś przy mnie, ale ryma też. Jaki z tego wniosek?
Tak dowartościowana Wichta stanęła przed nim z rękami na biodrach.
— A ja znam. I znajduje się w zasadzie niedaleko. W miejscu, gdzie są schodki, na które zawsze narzekasz, że są za strome. I gdzie pani magister… ta brunetka… zawsze wita cię takim uśmiechem, że zapominasz i schodki i po co przyszedłeś.
Profesor chrząknął, udając obojętność, jego nos jakby na moment przestał mu doskwierać.
— Niekiedy pamiętam — odparł jednak pociągająco.
— Oczywiście — odparła Wichta z niewinną miną. — Ale może warto tam zajrzeć. Choćby po spirytus kamforowy. Mogę cię nim natrzeć, gdybyś boroku mi dalej dogorywał.
Profesor, udając, że robi to wyłącznie na życzenie Wichty, wyszedł i udał się do miejscowości małej, w której była rzeczona apteka.
Minęło trochę czasu – te objazdy – zanim wrócił rozanielony.
Bez kataru. Bez marudzenia. Bez kamfory. Z wyrazem twarzy, jak po udanej kwerendzie.
— Jakoś mi przeszło — oznajmił z przesadną nonszalancją.
Wichta uniosła brew, ale nic nie powiedziała. Gdy profesor zniknął w gabinecie, wyjęła telefon z torebki i wybrała numer apteki.
— Dzień dobry, pani magister. Chciałam tylko jak zawsze podziękować. — Ależ pani doktor, to drobiazg — odparła brunetka. — Pan profesor znów przyszedł z tym swoim heroicznie przeżywanym katarem, jak każdy chłop — Tym razem w zaawansowanym stadium rozwoju — A jednak ustąpił w ciągu pięciu minut. Jak zwykle. — Cóż, ma pani na niego terapeutyczny wpływ. — Powiedziałabym raczej: remedium ekstradomestykalne. — Trafne określenie.
Obie panie roześmiały się serdecznie, z wyczuwalną nutą kobiecego zrozumienia.
— Wspólnymi siłami — dodała Wichta — utrzymamy Ewalda w stanie używalności. — I w dobrym humorze, na ile to możliwe. — W zasadzie nie jest tak źle — odparła Wichta i pomyślała, że czas rzucić okiem na ozdrowieńca.
A przywrócony do życia profesor właśnie wygłaszał w swoim gabinecie tyradę o tym, że „organizm sam się regeneruje, jeśli mu się w tym nie przeszkadza”.
Wichta pomyślała, że gdyby tak uzyskiwaną odporność profesora dało się opatentować, Instytut miałby wreszcie prawdziwy przełom naukowy.
dr Stefan Pioskowik – socjolog, politolog, autor szkicōw ô geszichcie Gōrnego Ślōsnka, wierszy a humoresek. Narodzōny w roku 1962 w Katowicach-Janowie, miyszkŏ we Mysłowicach.
fot. adexo_medical from Pixabay

