Opowieść ształowa
To zapożyczenie językowe funkcjonuje – jak się Jostontowi wydaje – zarówno na arenie ogólnopolskiej – nie wiadomo, czy już w wersji literackiej, ale w różnych radiach dla kierowców na pewno – być może zaczerpnięte z języka śląskiego, który to z kolei przyswoił je sobie kajś tam na autobanach.
Słowo to było znane i użytkowane w naszym górnośląskim hajmacie już ale długo wcześniej, zanim się jeszcze o autobanach nikomu nie śniło, a fory ciągnięte przez konie, nie doświadczały takiego czegoś.
Znaczy się, było ciut podobne pojęcie, wtore mały Jostont znał, używał tego określenia, ono istniało – i nie tylko – fizycznie – dziś już – na Jonowie, tak zapadłe, że być może tylko do rozpoznania na zdjęciach satelitarnych. Od drogi widok przesłaniają młode drzewa, wyrosłe na polach, na których kiedyś Jostont zbierał kartofle w ramach szkolnej akcji ziemniaczanej.
Chodzi o rozbana – tak się na to godało, z takim sztrichym, albo inną tyldą, żeby podkręcić to ô– czyli takie wypiętrzenie, nasyp, ciągnący się w szczerym polu od Podmiasta, aż na Wilhelmina.
Rozbana służyła za Jostontowych czasów jako miejsce uprawiania sportu zimowego, czyli zjeżdżało się z niej na sankach. Przy ówczesnej proporcji wysokości Jostonta – i innych bajtli – do wysokości rozbany, były to zjazdy zapierające dech w piersiach.
Latem nie była raczej do niczego wykorzystywana, ale trzeba było na nią wejść od strony Jonowa, żeby dojść na skróty na jonowski cmentarz, celem podlewania grobów. Sama rozbana to był pikuś, ale potem trzeba było przejść przez normalne tory kolejowe, idące od Nikiszu kajś tam na Stawiska i jeszcze dalej.
Cugi osobowe tu akurat nie jeździły, tylko towarowe z węglem, albo z czymś innym, więc szybkości nie były oszałamiające. Ale niekiedy było tak, że się już daleka widziało, że wydeptane przejście było zatarasowane przez pociąg stojący gdzieś tam dalej pod semaforem. Obchodzenie go nie miało sensu – no bo jaki to byłby skrót – więc przechodziło się górą przy tych połączeniach wagonów. Dołem, to człowiek czuł, że to byłoby cu gyferlich.
Jak Jostonst już sam w końcu do tego doszedł, że tak się godo, ale pisze się zu gefährlich, to rozwiązanie zagadki rozbany było już tylko kwestią czasu. Jak połączył Roß – o z powodu długiego s twardo – i Bahn to już był w domu – kolejka konna, prowadząca od Szarleja do Brzęczkowic, będąca częścią Górnośląskiej Kolei Wąskotorowej (Oberschlesische Schmalspurbahn), na której do roku 1872 siłę pociągową stanowiły konie.
Pojęcie ształu więc na kolei takiej czy owakiej raczej nie występowało, ale wraz z procesem industrializacji i urbanizacji Górnego Śląska jednak pojawiło się w naszym języku słowo wyprowadzone od niego.
Zakłady przemysłowe posiadały w trzy i trocha rur, którymi coś tam płynęło, co było potrzebne przy produkcji, jak już nie było potrzebne to, jako ścieki wlatywało do Kłodnicy i Rawy. Podobnie było też z kanalizują miejską.
Rury miały – i mają dalej mimo istnienia AI, jak to możliwe – dziedziczną cechą ształowania się, jeszcze inaczej sztopowanio się. Jostont wie o czym godo, bo co sobota mógł jako bajtej gospodarski wnuk uprawiać wciągającą zabawę terenową pod nazwą zamiatanie drogi i chodnika.
Mama zamiatała, ładowała zebrany przy bordsztajnie maras i piosek do kibla postawionego na takiej małej drabiniastej furce, a Jostont – jak nie przymierzając ta wąskotorówka – wywoził to za łogrodek i kipowoł na nieużytki na tzw. Balcerowiźnie. Prywatni musieli to robić, bo gdyby zaształowoł się gulik, to przeszedłby tak zwany blokowy i byłaby sztrofa.
Kawałek dalej, w strona Nikiszu, na państwowym maras mógł leżeć do połowy drogi, guliki zasztopowane – i nic. Ancien régime lubił prywatnych – nawet tych prowadzących tylko książkę meldunkową – jak się to teraz mówi – aha, inaczej.
Przy tych zaształowanych rurach, to trzeba koniecznie przytoczyć fragment piosenki „Śpiewać każdy może”, wykonywanej przez Jerzego Stuhra na festiwalu opolskim w roku 1977 „Nie ma takiej rury na świecie, której nie można odetkać”.
W końcu konie ekologiczne od inputu – tu wchodził owies i obrok – do outputu zostały zastąpione przez wytwory ludzkiej myśli, których moc podawało się co prawda w koniach, ale mechanicznych. Twory te nazwano najpierw sensownie automobilem, potem skrócono do auto, ponieważ język ma tendencję do zwięzłości.
Nazwa samochód nie oddaje istoty rzeczy, bo toto przecież jeździ, a nie chodzi. Po śląsku Jostontowi by się podobała nazwa samofar – jako wypadkowa dwóch języków dominujących, te h przed r idzie się darować.
Jak autów było jeszcze mało, to jeździły one po drogach, które istniały przed nimi. Po mieście, czy też od miasta do miasta. Ale, tak jak każdy gatunek inwazyjny auta chciały dla siebie coraz więcej – by były coraz większe i przede wszystkim szybsze.
W tych mniej więcej okolicznościach Roß został zastąpiony przez Auto i powstało słowo Autobahn. W roku 1974 zespół rocka elektronicznego Kraftwerk (co za nieekologiczna nazwa per se, ale za kilka lat Duden już jej nie będzie prowadził) nagrał utwór o tym słowie i miał on podobno – tu jest potrzebny dokładny cytat – wyrażać : „wrażenia, jakie odczuwa się podczas jazdy autostradami. Podróż przez krajobrazy, prędkość i dźwięki drogi”.
Coś mi tu nie pasuje, dźwięki drogi to tak – chociaż, jak już będą ino elektryki, to będzie cisza jak makiem zasiał – no, ale wtedy silniki grały pod maską. Prędkość i krajobrazy – to jakby się wyklucza – jeśli do tego dodać ekrany dźwiękochłonne, to już całkiem.
Coś mi tu brakuje – Jostont zadal sobie trud wysłuchania całego długiego – rock elektroniczny – ale dość oszczędnego w słowa utworu i stwierdził ku swojemu wielkiemu zadziwieniu brak słowa bez którego autostrada to jak garnek bez ucha. Chodzi oczywiście o ten tytułowy ształ, czy Stau, obojętnie jak zwał.
Rano Jostont słyszy chyba każdego dnia w radio – A4 w okolicach Brzęczkowic spowolnienia w obu kierunkach, czyli na Katowice i Kraków. Nie wiem, czy te spowolnienia to takie inne określenie na korek, ale jechać durś – jakby się chciało nie idzie.
Te hajłeje to praktycznie Jostonta nie interesują, ale tempo posuwania się autobusów komunikacji naszej śląsko-zagłębiowskiej metropolii, to już jest inna sprawa. Kiedyś musiał w takim sztale stać i napisał społecznie krytyczny wiersz na miarę Frontal, Monitoru i Anstaltu razem wziętych:
Wieder steht der Bus im kleinen Stau
Das Warten ist wie das Wetter grau
Drei Minuten ist die Zeit zur nächsten Haltestelle
Zwanzig Minuten steht man in der fahrenden Zelle
Den Fahrplan kann man vergessen
Etwas später wird wieder gegessen
Für die Mehrheit der Fahrgäste ist das egal
Ihre Augen glänzen matt im digitalen Strahl
Wenn ich und noch ein paar andere ein Auto hätten
Da wäre es vollkommen voll in unseren Städten
Aus welchen auch immer möglichen Gründen
Gehört ein Stau nicht zu unseren Sünden
Tak właśnie jest, Jostont był i jest wzorowym ekologiem – całe życie podróżowania publicznymi środkami transportu. No więc te korki nie idą na jego konto. Z drugiej strony, nie napędza rozwoju przemysłu motoryzacyjnego. Więcej takich jak on i załamanie gospodarcze gotowe. Utrzymanie równowagi pomiędzy ekologią a gospodarką nie jest proste, ale w realiach dzisiejszego świata niezbędne.
Autobus utknął w kolejnym małym korku
Oczekiwanie szare jak pogoda w Nowym Jorku
Do następnego przystanku teoretycznie trzy minuty
Chcesz nowe skarpety wyciągnij wełnę i druty
Możesz zapomnieć o jazdy rozkładzie
Na punktualnym obiedzie się to cieniem kładzie
Większość pasażerów się tym nie przejmuje
Wpatrywanie w matowy ekranik ich zajmuje
Gdybym ja i jeszcze kilku innych auta posiadali
Ruchu drogowego byśmy w ogóle nie przeżywali
Z różnych przyczyn niewątpliwie wytłumaczalnych
Korek nie należy do naszych grzechów kardynalnychJak wiadomo, grzechów kardynalnych nie ma, są tylko takowe cnoty w ilości sztuk czterech. Ale to tak na marginesie – w sztale przychodzą różne myśli do głowy. Ogólnie w sztale ćwiczona jest cnota cierpliwości – i to ćwiczenie będzie coraz częściej praktykowane, gdyż ształów nie rozwiąże żaden napęd – że zakończę tą subiektywną obserwacją.
dr Stefan Pioskowik – socjolog, politolog, autor szkicōw ô geszichcie Gōrnego Ślōsnka, wierszy a humoresek. Narodzōny w roku 1962 w Katowicach-Janowie, miyszkŏ we Mysłowicach.Stefan Pioskowik

